wtorek, 29 marca 2016

Rozdział 27

     W środę na ćwiczenia szłam w średnim humorze. Cały poprzedni dzień męczyło mnie to, co się wydarzyło pod koniec mojego spotkania z Calumem. Louis nie powinien był wpadać do mnie bez wcześniejszej zapowiedzi, a Calum nie powinien był tego widzieć. Dopiero co naprawiłam relację między nami, a chwilę później już została ona zepsuta. Pewnie pomyślał, że okłamałam go w sprawie mojego życia prywatnego, bo nie chcę powiedzieć mu prawdy i mu nie ufam. Tymczasem nie miałam powodu, by to robić. Zależało mi na naszej przyjaźni.
     Z Louisem też musiałam wytłumaczyć sobie co nieco. Starał się i rozumiałam to wszystko - ale wpadanie do mojej mamy na herbatę z bukietem kwiatków nie było raczej dobrym pomysłem. Zwłaszcza, gdy wcześniej powiedziałam mu, że sama się odezwę.
     Na szczęście podczas rehabilitacji mój humor poprawił się, a to wszystko oczywiście dzięki Ashtonowi. Właściwie to zamiast ćwiczyć, cały czas gadaliśmy, żartowaliśmy i wygłupialiśmy się. Uwielbiałam spędzać z nim czas. Był mi bliski i coraz bardziej zdawałam sobie z tego sprawę. Dzięki niemu uśmiechałam się i starałam cieszyć się życiem po wypadku. Ashton dał mi nadzieję, że wszystko się ułoży, gdy ja przekonana byłam, że do końca życia będę już chodzić o kulach.
     Siedziałam na krzesełku, podczas gdy Ash ogarniał salę po ćwiczeniach. Dostałam wtedy sms-a od Louisa.
"Jesteś u Ashtona w przychodni?"
Nie wiedziałam po co mu taka informacja, ale odpowiedziałam mu twierdząco. Nie czułam potrzeby okłamywania go. Myślałam, że chodzi mu o coś konkretnego, więc czekałam na odpowiedź, ale już nie odpisał. Schowałam więc telefon, a za moment podszedł do mnie Ash.
-Dziś wychodzę z tobą. Jadę jeszcze na prywatną rehabilitację. Mogę cię podrzucić do domu.
-Byłoby miło - powiedziałam z uśmiechem. -Im szybciej będę w domu, tym szybciej coś zjem. Umieram z głodu.
-W takim razie chodźmy.
Zebraliśmy się i za chwilę szliśmy już w stronę wyjścia z budynku. Niestety, to co zobaczyliśmy na parkingu trochę zepsuło nam nasze pogodne humory. A przynajmniej spowodowało niemałe zdziwienie.
     Zaraz obok auta Ashtona, zaparkowane było zielone Mitsubishi. Było oczywiste kto nim przyjechał, więc nie zdziwił nas zbytnio widok wysiadającego Louisa.
-Co on tu robi? - zapytał jakby do siebie Ash. Niestety ja domyślałam się po co przyjechał. Jego sms sprzed kilku minut nie mógł być przypadkowy.
-No cześć wam - powiedział, gdy do niego podeszliśmy.
-Cześć - rzucił Ashton. -Co się stało? Masz jakąś sprawę? Mogłeś zadzwonić.
-Ale ja nie przyjechałem do ciebie - zaśmiał się pod nosem, a potem spojrzał na mnie. -Może dasz się zaprosić na jakiś lunch? Głupio mi po tym co się stało przedwczoraj, chciałbym się jakoś zrewanżować. Ale jeżeli odmówisz, to zrozumiem.
Poczułam się bardzo niekomfortowo. Z jednej strony był Louis, który niemalże błagał o wybaczenie tym swoim wzrokiem zbitego psa, a z drugiej Ashton, który zupełnie skołowany zerkał kątem oka raz na mnie, a raz na swojego brata.
-Ale... Ja już się umówiłam z Ashtonem, że mnie odwiezie do domu...
-A ty podobno byłaś bardzo głodna - usłyszałam jego odpowiedź. Brzmiało to, jakby miał do mnie jakieś wyrzuty. Poczułam się jeszcze gorzej.
-To najwidoczniej mam dobrą intuicję - zaśmiał się Louis. -No chodź, to tylko wspólny lunch.
Spojrzałam na Asha. Naprawdę nie wiedziałam co zrobić. Nie chciałam odrzucać żadnego z nich, ale w końcu Ash zrobił to za mnie.
-Ja i tak spieszę się do klientki. Tak więc życzę wam smacznego. Do zobaczenia - rzucił, a potem wsiadł do swojego Mustanga i odjechał. A ja, właściwie nie bardzo mając wyjście, wsiadłam do samochodu Louisa i ruszyliśmy w stronę restauracji.
     Sałatka z kurczakiem, którą zamówiłam, była naprawdę pyszna. Ja jednak nie potrafiłam się nią delektować. Może przesadzałam, ale wydawało mi się, że to ja byłam powodem tego napięcia między braćmi. Zaczynałam powoli czuć się jak to trofeum, o którym wspominał Ashton. Raz jeden zapraszał mnie na obiad, raz drugi. Obydwaj dąsali się, gdy byłam obok i wspominałam o tym drugim. Obydwaj obsmarowywali się nawzajem i nie było widać tego końca. A ja stałam po środku tego wszystkiego. Chciałam mieć dobre stosunki zarówno z Ashtonem jak i Louisem, ale bałam się, że to po prostu niemożliwe, dopóki się nie pogodzą. Albo dopóki nie zerwę kontaktu z obydwoma...
     Zjadłam lunch, a potem poprosiłam Louisa, by odwiózł mnie do domu. Musiałam po prostu pobyć sama i trochę pomyśleć w spokoju. Szybko wpadłam na jeden pomysł - zwykła rozmowa. Stwierdziłam, że najlepszym wyjściem z sytuacji może być spotkanie naszej trójki ze mną w roli swego rodzaju mediatora. Bardzo chciałam, by w końcu przestali się na siebie obrażać jak małe dzieci i powiedzieli mi o co tak naprawdę im chodzi...

Ashton POV
     Louis Tomlinson, mój cholerny brat od siedmiu boleści. Zawsze był idiotą, ale nigdy nie denerwował mnie tak jak wtedy. Wszystko zaczęło się, gdy poznaliśmy się z Lucy. Od razu polubiłem tę dziewczynę, ale nie spodziewałem się, że Louis też na nią poleci. Jednak zamiast normalnie porozmawiać ze mą, postanowił zrobić mi na złość i zaczął bawić się w jakieś idiotyczne zawody, kto pierwszy ją zdobędzie. Nie miałem zamiaru uczestniczyć w tym debilizmie. Chciałem, by Lucy przejrzała na oczy i w końcu dostrzegła to, co się wokół niej dzieje. Ona jednak była niezdecydowana, co również zaczęło mnie irytować. Zostało mi tylko jedno wyjście. Ostatecznie rozmówienie się z bratem i to najlepiej przy świadkach, żebyśmy czasami się nie pozabijali.
     Nadszedł piątek, zapowiadał się dzień pełen wrażeń. Najpierw czekało mnie spotkanie z Lucy na ćwiczeniach. Mówiąc szczerze obawiałem się, że usłyszę coś w stylu "Byliśmy tam i tam, było super, tralala". Na szczęście dziewczyna wcale nie była tak uradowana.
-Po prostu byliśmy na lunchu, nic wielkiego - odpowiedziała na moje pytanie i wzruszyła ramionami.
-Długo siedzieliście?
-Niecałą godzinę... A potem odwiózł mnie do domu, tyle. Przynajmniej miałam z głowy obiad  - zaśmiała się pod nosem.
-A co mu chodziło z tą rekompensatą za jakaś głupotę? - spytałem, gdy przypomniałem sobie jego słowa. Nie miałem pojęcia co się stało.
-Ah, nic ważnego. Tylko małe nieporozumienie między nami - odparła szybko, wyraźnie nie chciała kontynuować tego tematu. -Jakieś plany na weekend?
-Tak. Rodzinna kolacja - odparłem, w myślach mając różne scenariusze, jak ta kolacja może się potoczyć.
-Fajnie. Ja pewnie weekend spędzę przed laptopem.
Też bym wolał..., powiedziałem do siebie w myślach. Naprawdę trochę obawiałem się tej kolacji i bardzo chciałem mieć ją już za sobą.
     Dochodziła szósta po południu. Nagle w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Moja mama pobiegła otworzyć drzwi, w których oczywiście stał mój braciszek. Zapowiadał się wprost uroczy wieczór.
     Mama i ojczym od razu zaczęli cieszyć się, że widzą Louisa. Bardzo rzadko nas odwiedzał, zazwyczaj był zajęty piciem, jeżdżeniem albo podrywaniem. Był bardzo wygodnicki i było mu na rękę, że jego bogaty tatuś pomógł mu rozkręcić biznes i dzięki temu mógł wyprowadzić się na swoje. Ja nigdy nie korzystałem z majątku ojczyma i matki, przynajmniej nie byłem takim materialistą. Sam ciężko pracowałem, by być w miejscu, w którym się wtedy znajdowałem. A w domu rodzinnym nadal mieszkałem, bo nie miałem jeszcze pełnego etatu w przychodni. 
     Cieszyłem się, że Lou się wyprowadził i niechętnie odwiedzał dom. Jednak takie sytuacje jak urodziny jego ojca zmuszały nas do siadania przy rodzinnym stole. Jeszcze parę miesięcy temu nie przeszkadzałoby mi to aż tak, ale zmieniło się to, od kiedy Louis zaczął działać mi wybitnie na nerwy. Tamto spotkanie w rodzinnym gronie też musiałem jakoś przeżyć. Musieliśmy to zrobić, obydwaj, dla rodziców.
     -Opowiadaj Louis, co tam u ciebie słuchać? - zapytała mama, popijając wino. -Jak warsztat?
-Wszystko w porządku, interes się kręci.
-A jak tam z dziewczynami? Kiedy nam kogoś przedstawisz? - zapytał tym razem ojczym. To było jedno z jego standardowych pytań. Zawsze powtarzał, że jego wielkim marzeniem jest zostać dziadkiem. Ale zarówno ja, jak i Louis, byliśmy już trochę zmęczeni tymi pytaniami.
-Ojciec, wiesz jak jest - rzucił Louis. -Dużo pracuję, nie mam czasu na randki.
Nie wytrzymałem i dosłownie parsknąłem śmiechem pod nosem. Od razu ściągnąłem tym na siebie uwagę rodziców, zwłaszcza matki. Udawałem jednak, że w ogóle tego nie widzę i zająłem się grzebaniem w talerzu.
-A ty, Ashton? - zapytała mama po krótkiej ciszy. -Może ty coś opowiesz? Cały wieczór jesteś dzisiaj jakiś milczący. Zresztą tak jak Louis...
-U mnie też wszystko dobrze, przecież wiesz. Widzimy się codziennie.
-Ale mało rozmawiamy - westchnęła. -Rzadko mamy taką okazję jak dzisiaj. 
-To co, może ty masz jakąś dziewczynę? - spytał ojczym.
-No właśnie. Ta koleżanka, która była z wami u Harry'ego. W końcu spotykacie się czy nie?
To pytanie zadane przez mamę było dosyć niezręczne. Tak naprawdę moim wielkim marzeniem było powiedzieć, że tak. Niestety, nie była to prawda. Z drugiej jednak strony w pokoju był też Louis... Pomysł, na który wpadłem był idiotyczny, ale nie mogłem się powstrzymać.
-Tak. Spotykamy się - powiedziałem pewny siebie, a potem od razu zerknąłem na Louisa. Mężczyzna dosłownie zakrztusił się jedzeniem. Powstrzymywanie się, bym ponownie nie wybuchł śmiechem, było katorgą. Zupełnie nie spodziewał się, że coś takiego powiem. W końcu miał mnie za tchórza i wiedziałem o tym.
-No to świetnie - mama zareagowała szerokim uśmiechem. -To coś poważnego?
-To już American Pie było od tego poważniejsze - rzucił nagle Louis sarkastycznym tonem.
-Louis, co ty wygadujesz...
-Mówię prawdę, ojciec. Lucy go nie chce, Ash sobie za dużo wyobraża.
-Czy prosiłem cię o wyrażenie opinii? - spytałem zirytowany.
-Myślałem, że jest wolność słowa.
-Jesteś zazdrosny, czy co?
-Może bym był, gdybyście naprawdę się spotykali - zaśmiał się szyderczo. W moim żyłach coraz bardziej wrzała krew.
-Ale tobie jakoś też się to nie udało, mimo że byłeś taki pewny siebie...
-Hej, proszę was o spokój - w końcu zainterweniował ojczym. -Zachowujecie się jak gówniarze.
-Moglibyście nie kłócić się w urodziny ojca - dodała mama. -Co się stało, co? Może powinniście porozmawiać sobie na spokojnie?
-Ale z nim się nie da - rzuciłem, nadal mając podniesione ciśnienie. -Sama widzisz, że to on pierwszy wyskakuje z jakimiś prostackimi komentarzami.
-Bo nie mogę uwierzyć, jaka z mojego brata jest fujara.
Nie wytrzymałem i po prostu wstałem z krzesła. Nie podejrzewałem, że Louis posunie się do kłótni podczas urodzin ojca i tak wyprowadzi mnie z równowagi. Byłem zdecydowany, by do niego podejść i po prostu dać mu w ryj. I zrobiłbym to, gdyby nie interwencja ojca.
-Co się z wami dzieje! - wrzasnął w końcu. -Kłócicie się jak dzieciaki na boisku! Myślałem, że mam dwóch dorosłych, dojrzałych synów! Macie sobie to wytłumaczyć jak dorośli ludzie, o co cokolwiek wam poszło.
     Wprost cudowne zakończenie rodzinnej kolacji. Ojczym zdenerwowany odszedł od stołu, Louis z impetem wyszedł z domu, a matka tylko chodziła załamana w kółko i załamywała ręce. Właśnie zepsuliśmy rodzinną uroczystość i rozzłościliśmy tatę. Gdybym tylko wiedział, że tak nas poniosą emocje, w ogóle bym się nie odzywał.
     Starałem się później porozmawiać z mamą, wytłumaczyć jej co nieco. Była zaniepokojona naszym zachowaniem. Nie chciałem, by przez nas czuła się źle. Nie wiedziałem, co zrobi Louis, ale ja przeprosiłem, mimo że to nie ja byłem prowokatorem. Na razie tyle musiało wystarczyć.
     Długo nie mogłem usnąć. Do pierwszej w nocy jeszcze siedziałem przed laptopem i grałem w jakieś strzelanki. Gry odstresowywały mnie i uspokajały. Jednak tamtej nocy spokój nie miał zamiaru nadejść.
     Zadzwonił do mnie Liam. Nie wiem czego chciał ode mnie o tej porze, ale miał szczęście, że jeszcze nie spałem. 
-Halo?
-No cześć Ash. Jeszcze balujecie u starych?
-Daj spokój, impreza dawno się skończyła - parsknąłem. -Aż szkoda gadać...
-To znaczy, że Louis już od was wyjechał? 
-Już kilka godzin temu.
-Ale do mieszkania nie dotarł - powiedział zdziwiony. -Mówił, że będzie około jedenastej, mieliśmy jeszcze obejrzeć jakiś meczyk. A jego jeszcze nie ma i do tego nie odbiera telefonów.
Podniosłem się z łóżka. Co jak co, ale Louis był zdolny do wszystkiego, więc słowa Liama zabrzmiały dość niepokojąco.
     Sam wykonałem do niego kilka telefonów, ale nie dałem rady się dodzwonić, telefon był wyłączony. Zacząłem się denerwować. Louis potrafił robić głupoty, gdy targały nim nerwy. Miałem tylko nadzieję, że po prostu gdzieś się zaszył, a nie wylądował w jakimś rowie...





Jak zawsze zapraszam do komentowania rozdziału oraz odwiedzania mojego wattpada. Mam nadzieję, że na dniach uda mi się dodać tam coś nowego.
Mam nadzieję, że wam się podobało <3 Do zobaczenia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz