środa, 13 stycznia 2016

Rozdział 24

     Prawie całą niedzielę przegadałam z mamą. Zrobiła dobrą kolację, którą zjadłam z uśmiechem, a potem chciała otworzyć wino i wypić ze mną po lampce. Odmówiłam mówiąc, że po prostu nie mam ochoty. Prawda była taka, że miałam odrobinę dosyć alkoholu po praktycznie tygodniu ciągłego picia. Nigdy nie piłam aż tyle, wiec ten wyjazd był nieco niszczycielski dla mojego organizmu.
     Nie powiedziałam jej całej prawdy dotyczącej moich wrażeń po tym wyjeździe. Za bardzo by się martwiła, gdybym zdradziła jej szczegóły i to co naprawdę myślę. Wprawdzie byłam dorosła, ale dla niej zawsze byłam małą niewinną dziewczynką, zwłaszcza po moim wypadku... Picie i palenie nie wiadomo czego, jeżdżenie po pijaku, bójki, kłótnie i jeszcze do tego stresujące spotkanie z moim byłym. Moja matka chyba zeszłaby na zawał po takim sprawozdaniu... Powiedziałam więc, że spędziłam miło czas i odpoczęłam trochę na łonie natury. W końcu po części to była prawda.
     Następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Muszę przyznać, że było to wspaniałe uczucie. Wiedziałam, że tego dnia będę mieć w końcu ciszę i spokój. Nikt nie będzie gadał o imprezach ani samochodach, nikt nie będzie grał na konsoli. Miałam być sama. Tylko ja i moje łóżko. Właśnie tego było mi trzeba po ostatnich szaleństwach.
     Cały dzień odpoczywałam, leniuchowałam, napawałam się błogą ciszą. Dopiero późnym popołudniem odebrałam telefon. Okazało się, że to Ashton. Nie miałam nic przeciwko, by na chwilę przerwał mi moją ciszę. Poza tym wiedziałam, że będzie dzwonić w sprawie rehabilitacji.
-Cześć - usłyszałam jego radosny głos. -Jak się czujesz?
-Bardzo dobrze, dziękuję - odpowiedziałam radośnie. -A ty? Co słychać?
-Też dobrze. Byłem dziś w przychodni, więc dzwonię w sprawie naszych spotkań. Jeżeli ci pasuje, to zapraszam cię do mnie w najbliższą środę o dziesiątej rano.
-Jasne, przybędę. Może nie biegiem, ale będę - zaśmiałam się.
-Już niedługo będziesz biegać, nie martw się.
-Wiesz, prawie przyzwyczaiłam się już do tego stanu. Trwa to już kilka dobrych tygodni...
-Nie narzekaj, ciesz się, że nie złamałaś na przykład kości biodrowej. Nie chcesz wiedzieć jak przebiega i ile trwa taka rehabilitacja.
-Dobra, już mnie nie strasz - zaśmiałam się. -Widzimy się pojutrze.
-Oczywiście, do zobaczenia.
     Rzeczywiście coś w tym było. Powoli przyzwyczajałam się do swojego stanu. W końcu od wypadku minęły już dwa miesiące, praktycznie zapomniałam już jak się biega. Najpierw miesiąc leżałam w gipsie, potem przez kolejny miesiąc miałam rehabilitację i jeszcze nawet nie wiedziałam, kiedy się skończy. Do tej pory to były długie i ciężkie tygodnie, ale za to poznałam Ashtona. Naprawdę cieszyłam się, że trafiłam akurat na niego.
     Leżałam na łóżku z laptopem i oglądałam serial. Za oknem powoli robiło się ciemno, dodatkowo całe niebo przykryte było chmurami i wiał dość silny wiatr, który słyszałam za oknem. Dobrze, że chociaż podczas wyjazdu mieliśmy niezłą pogodę. To było kilka wyjątkowo ciepłych dni jak na Anglię.
     Nagle usłyszałam dźwięk powiadomienia z facebooka. Okazało się, że dostałam nową wiadomość od Louisa.
"Co słychać? Zapewne tęsknisz za moimi wygłupami"
Zaśmiałam się pod nosem. Właściwie wcale za tym nie tęskniłam, wręcz przeciwnie. Ale było mi miło, że napisał.
"Oczywiście. Cisza, spokój, jedyne czego mi brakuje, to imprezki z tobą i twoimi kumplami"
"Właśnie tak myślałem! Nie martw się, zorganizuje się jakieś melanż za jakiś czas"
"Może jednak nie, planuję teraz kilka tygodni abstynencji"
"No wiesz co? To nie umówisz się ze mną na drinka?"
"A musi być na drinka? Nie mógłbyś napić się czegoś bezalkoholowego?"
"Racja, będąc z tobą nie muszę pić, by mieć dobry humor"
     Z Louisem pisałam przez calutki wieczór. Totalnie straciłam rachubę czasu. Naprawdę nie mogłam oderwać się od komputera, rozmowa świetnie nam się kleiła, tematy wskakiwały same, jeden po drugim. Louis wprawdzie cały czas wysyłał mi flirciarskie tekściki i komplementy, ale starałam się przymykać na to oko. Było mi miło, ale wolałam jednak trzymać go na dystans. Nie chciałam, żeby nasza relacja rozwijała się za szybko. Poza tym cały czas pamiętałam to, o czym mówił mi Ashton. Między innymi, żebym na niego uważała. Nie wiedziałam jednak, czy mówił to serio, czy może z czystej zazdrości... Chyba wolałam sama się przekonać, czy jego brat jest wart tego, by się z nim zadawać. Chciałam dać mu szansę i zobaczyć, czy zależy mu na czymś więcej niż tylko na zdobyciu trofeum.
     Louis ponownie skontaktował się ze mną już następnego dnia. Zadzwonił do mnie wieczorem, kiedy kończyłam akurat jeść kolację z mamą. Odebrałam telefon i wyszłam z pokoju.
-Cześć, co u ciebie słychać w ten piękny, gorący wieczór?
-Gorący, niecałe piętnaście stopni i mżawka - zaśmiałam się. -Poza tym wszystko u mnie w porządku, dzięki. A co u ciebie?
-U mnie też, ale mogłoby być jeszcze lepiej.
-Masz coś konkretnego na myśli?
-Cóż, wielokrotnie rozmawialiśmy o tym, żebyśmy się kiedyś spotkali... Co powiesz na jutrzejszy wieczór? Jakiś mały drink na koniec dnia? 
-Drink? - zaśmiałam się.
-No dobra, kawa albo soczek... To jak?
-Jasne, czemu nie. Nie mam planów na jutro.
-To co, wpadłbym po ciebie o siódmej, może być? Nie wiem czy wyrwę się wcześniej z roboty.
-Może być siódma.
-To świetnie. Do zobaczenia.
-Dobranoc, cześć!
Rozłączyłam się, a potem wróciłam do dużego pokoju. Mama od razu spojrzała na mnie podejrzliwie, ale z uśmieszkiem na twarzy.
-Randka? - zapytała. Cóż, miałam nadzieję, że nie usłyszała tej rozmowy, właśnie ze względu na te jej pytanka. Niestety, przeliczyłam się.
-Daj spokój, zwykłe spotkanie - wzruszyłam ramionami i usiadłam obok niej na kanapie.
-Dobra, dobra. Z Ashtonem?
-Nie - odparłam szybko po chwili ciszy. Mama zrobiła zdziwioną minę.
-Nie? A myślałam, że się lubicie.
-Bo lubimy, ale przecież mogę spotykać się też z innymi ludźmi. Poza tym Ashton to mój rehabilitant.
-Ale też kolega, z którym byłaś na fajnych wakacjach. No i naprawdę super z niego facet.
-Mamo... - wyjęczałam lekko już zirytowana. -Będziesz mi teraz prawić jakieś morały jak nastolatce?
-Po prostu chciałabym, żebyś sobie znalazła jakiegoś fajnego chłopaka. No i wiesz, przy okazji zięcia dla mnie - uśmiechnęła się, na co ja tylko wykręciłam oczami. -A Ashton... Myślę, że by się nadawał.
-Nic nas nie łączy, mamo.
-Oh, pamiętam jak to samo mówiłaś kilka lat temu o Zaynie - rzuciła sentymentalnie. -Oh, to tylko kolega ze szkoły, mamo! A potem co? Wielka miłość!
-Mogłabyś o nim nie wspominać? - powiedziałam, będąc coraz bardziej wkurzoną. -Prosiłam cię, daj z nim spokój.
-No ja wiem jak wygląda sytuacja, ale ja po prostu tylko tak sobie wspominam. Że fajna z was była para i w ogóle...
-Mamo, do cholery! - krzyknęłam w końcu stając z kanapy. -Przestań wspominać przy mnie o tym palancie! Nie chcę o nim słuchać, zrozumiesz to wreszcie?!
Odwróciłam się na pięcie i pognałam do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Wcześniej usłyszałam tylko jak mama za mną woła. Na szczęście nie postanowiła pójść za mną i dała mi spokój.
     Dlaczego ona cały czas musiała o nim paplać? Wiedziałam, że bardzo lubiła Zayna, ale takim gadaniem tylko mnie denerwowała. Między nim a mną było już wszystko skończone. Wiem, że po tych dwóch miesiącach powinnam już zapomnieć, ale nie mogłam. To nie tak, że cały czas go kochałam. Po prostu wciąż bolało mnie to, co mi zrobił. Tylko tyle.
     Środa, godzina dziesiąta rano, budynek przychodni rehabilitacyjnej. Szłam właśnie na kolejne spotkanie z Astonem. Tego dnia naprawdę czułam się dobrze, zresztą już od jakiegoś czasu czułam się lepiej. Wkrótce podczas ćwiczeń sam Ashton stwierdził, że poprawa jest bardzo widoczna.
-Pamiętasz jak to ćwiczenie wyglądało kilka tygodni temu? Ledwo co zginałaś nogę do połowy, a teraz zginasz prawie do końca.
-Wiem, bardzo się cieszę - uśmiechnęłam się szeroko. -Powiedz, jak długo to jeszcze potrwa?
-Tak szczerze to... Myślę, że do końca tego miesiąca będziesz już normalnie chodzić.
-Naprawdę? - spytałam z nadzieją w głosie.
-Co, nie wierzysz w moje możliwości?
-Wierzę, oczywiście! Dziękuję - powiedziałam podnosząc się z leżanki i przytulając się do niego. 
-Spokojnie, podziękujesz mi, jak przebiegniesz maraton.
-Bez przesady, wystarczy mi swobodne wbiegnięcie po schodach w moim domu.
-Ale jak już wyzdrowiejesz, to możemy umawiać się na wspólne bieganie po parku. Co ty na to?
-Chyba jednak wolę rower.
-To możemy jeździć na rowerze. Każdy sport to zdrowie.
-Uważaj, bo jeszcze zrobisz ze mnie sportowca - zaśmiałam się.
-Nie mam nic przeciwko wysportowanym kobietom, wręcz przeciwnie.
-Pociągają cię kulturystki?
-Bez przesady, sam nie jestem żadnym kulturystą.
     Po tej luźnej rozmowie, podczas której nieźle się uśmialiśmy, nasze spotkanie dobiegło końca. Ubrałam się i byłam już gotowa do wyjścia.
-A co robisz dziś wieczorem? Może wyskoczymy gdzieś na kawę? Chętnie ruszyłbym się z domu.
Kiedy Ash zadał mi to pytanie, odrobinę zamarłam. Przecież na ten wieczór byłam już umówiona z jego bratem. Cholera, nie chciałam znaleźć się w takiej sytuacji. Poczułam się niezręcznie.
-Wiesz... Dziś nie bardzo, może innego dnia. 
-A co, masz już jakieś plany na dziś?
-No, tak jakby...

Ashton POV
     Kiedy to powiedziała, to na początku zastanawiałem się z kim się umówiła. Pomyślałem, że z jakąś koleżanką, nic wielkiego, ale jej mina mówiła zupełnie coś innego. Zaniepokoiłem się.
-No dobra, trudno. Kiedy indziej.
-Jasne. Zdzwonimy się, albo zgadamy pojutrze na ćwiczeniach.
-Tak, jasne. W takim razie miłego wieczoru i do piątku.
Wtedy Lucy wyszła, a ja opadłem zrezygnowany na krzesło. Miałem wrażenie, że Lucy umówiła się z kimś, o kim raczej wolałabym nie myśleć. Inaczej powiedziałaby mi z kim. Musiałem dowiedzieć się, czy moja intuicja dobrze mi podpowiada. Postanowiłem użyć do tego małego podstępu. W końcu i tak nie miałem planów na ten wieczór.
     Wziąłem telefon i wybrałem numer do Liama. Mężczyzna odebrał po kilku sygnałach.
-No cześć, stary. Co tam?
-No cześć. Słuchaj... Mam dziś wolny wieczór, wyszedłbym się gdzieś wyluzować... Macie jakieś plany z Louisem?
-Louis powiedział, że już się umówił na dzisiejszy wieczór, ale ja jestem wolny. Sophia też ma już plany, spotyka się ze swoimi przyjaciółkami na winko, więc jak coś, to wpadaj do mnie. Napijemy się browarka.
-Jasne, wpadnę do ciebie wieczorem.
-No to świetnie. Do zobaczenia!
-Cześć.
     Rozłączyłem się. Byłem... Nawet nie potrafię opisać tego co czułem. Zrezygnowanie, smutek, może nawet zdegustowanie. Lucy umówiła się z Louisem na randkę, to było prawie pewne. Na samą myśl zżerała mnie zazdrość, ale nie mogłem nic na to poradzić. To był jej wybór. Jedyne co sobie obiecałem to to, że jeżeli ten palant ją skrzywdzi, to nigdy mu tego nie daruję.
     Zastanawiała mnie też inna rzecz. Co ona do cholery w nim widziała?...


Jak zawsze zapraszam do komentowania oraz odwiedzania mojej drugiej historii : Faithful or Unfaithful.
Do zobaczyska :*

1 komentarz:

  1. Podoba mi się, rozdział jest ciekawy i czekam na więcej. Zaintrygowałaś mnie i postaram się zostać tu na dłużej :)
    Przy okazji zapraszam do siebie:
    http://29-tattoos.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń