niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 23

     Ta ostatnia impreza była zdecydowanie najlepsza ze wszystkich. Gdyby wszystkie spotkania w tym towarzystwie tak by wyglądały, to nie miałabym nic przeciwko. Niestety, ta ekipa wolała jednak trochę porozrabiać, więc cieszyłam się, że to już koniec. Lubiłam ich, ale bycie z nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę zaczynało być męczące.
     Roześmiani wróciliśmy z Ashtonem do swojej sypialni. Było jakoś po pierwszej i wszyscy mieli już dosyć. Wypiliśmy bowiem do końca cały zapas alkoholi jaki został. Ugh, naprawdę było tego sporo. Miałam tylko nadzieję, że rano panowie będą zdolni do prowadzenia samochodów. Chociaż niektórzy z nich na pewno nie mieliby problemu, by wsiąść za kółko pod wpływem...
     Beż żadnego problemu zaczęłam się rozbierać i przygotowywać do spania. Jakoś nie obchodziło mnie, że obok był Ashton. Czułam się przy nim nad wyraz swobodnie, a do tego byłam trochę wstawiona, więc było mi to obojętne. Alkohol robi czasem dziwne rzeczy z ludźmi, aż zaczynałam się siebie bać. Przecież żyjąc z tymi ludźmi mogłabym popaść w niezły alkoholizm.
-W ogóle to... Nie wiem czy ci o tym mówiłem, ale masz bardzo ładne ciałko - rzucił nagle lekko przyćmiony Ashton. Zaśmiałam się pod nosem, zakładając na siebie koszulkę do spania.
-Kiedyś coś chyba wspominałeś podczas jednych ćwiczeń.
-Bo taka prawda. Masowanie takich nóg to sama przyjemność. Najgorzej jak czasem przyjdzie do ciebie taka stara baba i każe sobie masować biodro...
-Hej, ale chyba jesteś profesjonalistą? - zapytałam przez śmiech.
-Oczywiście! Ale jestem też młodym facetem i raczej nie kręcą mnie babcie.
-Eh, wy wszyscy jesteście tacy sami, tylko cycki wam w głowach...
-Hej, nieprawda - oburzył się w zabawny sposób, niczym małe dziecko. -Ja akurat bardzo szanuję kobiety. Nie to co mój niegodziwy brat...
-Mieliśmy już o tym nie rozmawiać - przerwałam mu, a potem podeszłam do niego, usiadłam obok i przytuliłam się. -Dzięki za miły wieczór, a teraz pozwól, że pójdę już spać.
-Jasne, też jestem już zmęczony. Miłych snów - powiedział całując mnie czule w policzek, a właściwie to w kącik ust. Uśmiechnęłam się do niego szczerze, a potem poszłam do swojego łóżka i wskoczyłam pod koc. Nie minęło piętnaście minut jak pogrążyłam się w głębokim śnie.
     Nienawidzę kaca. Na szczęście nie było ze mną aż tak źle, ale trochę bałam się o innych. Ashtona nie było już w łóżku. Pomyślałam, że pewnie poszedł pobiegać. Trochę ruchu a potem chłodny prysznic i na pewno szybko wytrzeźwieje.
     Znalazłam w torbie jakieś czyste ubrania, a potem na pięć minut wskoczyłam do łazienki, by opryskać się wodą i pobudzić. Następnie zeszłam na dół. W kuchni przy stole siedzieli Louis, Liam i Harry. Na talerzach przed sobą mieli jajecznicę i bekon, a w szklankach jakieś napoje. Przy blacie kuchennym stała Sophia.
-Ty też życzysz sobie lecznicze śniadanie? - zapytała uśmiechnięta.
-Nie trzeba, ze mną nie jest tak źle. Ale nasi kierowcy rzeczywiście powinni się trochę podleczyć.
-Ze mną też nie jest tak źle, to Sophia kazała mi napić się tego świństwa...
-Nie narzekaj, Liam. To koktajl energetyczny, musisz uzupełnić minerały. Nie wpuściłabym cię w złym stanie za kółko.
     Nalałam sobie kawy, która stała w dzbanku, a potem opuściłam kuchnię. Wtedy z dworu wrócił Ashton. Tak jak myślałam, był pobiegać. Ja nie miałabym na to siły w takim stanie, ale on był inny. Wyjątkowy.
-Jak się czujesz? - spytałam, a on podszedł do mnie i przywitał się całusem. Nigdy tak nie robił, ale nie powiem, że to nie było miłe.
-O wiele lepiej. Zaraz wezmę prysznic, potem zjem śniadanie i po południu będę gotowy na podróż.
-W takim razie ja idę na górę się spakować - odpowiedziałam, a potem poszłam razem z nim na piętro.
     Kilka godzin zajęło nam pakowanie oraz sprzątanie domu i doprowadzanie go do stanu świetności. Właśnie zabierałam swoje ostatnie rzeczy z łazienki, gdy natknęłam się w korytarzu na Harry'ego.
-I jak ci się u mnie podobało?
-Było naprawdę dobrze, masz przepiękną działkę.
-Dziękuję - uśmiechnął się. -Ale naprawdę mam nadzieję, że ci idioci nie zepsuli ci zbytnio tego wyjazdu. Dlatego chciałem przeprosić za wszystko.
-Oj przestań, ty akurat nie masz za co przepraszać - objęłam go ramieniem. -A już na pewno nie za tych wariatów. Naprawdę dobrze się bawiłam.
-To się cieszę. Mam nadzieję, że nie urwiemy kontaktu. Byłoby miło spotkać się jeszcze na jakiejś imprezce.
-Na pewno się jeszcze spotkamy. No i jak kiedyś będę potrzebować pomocy prawnika, to do ciebie zadzwonię.
-No nie - Harry wykręcił oczami. -Już się dowiedziałaś?
-Ale co w tym takiego strasznego? Prawnik to super fucha. Może do ciebie akurat średnio pasuje, ale...
-Właśnie o tym mówię - wtrącił, przerywając mój śmiech. -Zawsze ludzie tak reagują. Ale cóż, tak to jest tak ma się wymagających starych.
-Najważniejsze, żebyś był szczęśliwy - dodałam na końcu, a potem rozeszliśmy się do swoich pokojów, przytulając się uprzednio.
     Chowałam właśnie do swojej torby ostatnie rzeczy, kiedy usłyszałam pukanie. Odwróciłam się i zobaczyłam w drzwiach Louisa.
-Mogę na chwilę? - zapytał, a ja zaprosiłam go do środka. -Już spakowana?
-Prawie. Jeszcze tylko buty, ręcznik i parę drobiazgów.
-A jak ogółem podobał ci się wyjazd? - spytał, a ja od razu spojrzałam na niego. Na jego twarzy widniała niepewność. -Możesz być szczera do bólu, wszystko zrozumiem.
-Poza paroma wyjątkami to było naprawdę miło.
-Pewnie ja jestem jednym z tych wyjątków.
-Ty sam w sobie nie, ale twoje wybryki owszem - stwierdziłam, na co usłyszałam jego westchnięcie. Zaśmiałam się pod nosem. -Powinnam być na ciebie wściekła, czuć do ciebie jakąś odrazę  i w ogóle się do ciebie nie odzywać. Ale masz w sobie coś co sprawia, że po prostu lubię z tobą rozmawiać.
-Chyba powinienem uznać to za komplement?
-Oczywiście.
-Dzięki, ulżyło mi.
Wtedy niepewnie podszedł do mnie, a gdy dałam mu do zrozumienia, że nie mam nic przeciwko, przytulił się do mnie. Intensywnie pachniał jakimiś perfumami, którymi zapewne starał się zatuszować smród papierosów. Znowu zaśmiałam się do siebie.
-Rozumiem, że nasze spotkanie aktualne? W sensie ty i ja, jakaś kawa albo coś...
-Jasne, napisz, jakoś się umówimy - odpowiedziałam. Potem zapytał jeszcze, czy podam mu swój numer telefonu. Wymieniliśmy się więc kontaktami, a potem postanowiliśmy wrócić do ostatnich porządków i pakowania.
-Wiesz co? - rzucił jeszcze, zanim wyszedł z sypialni. -Na samą myśl, że będziesz jechała z Ashtonem sam na sam przez kolejne dwie godziny, umieram z zazdrości.
     Przed domkiem Harry'ego panował mały harmider. Wszyscy pakowali woje bagaże do aut, kierowcy sprawdzali stan techniczny pojazdów, a właściciel posesji biegał w tę i we w tę, by upewnić się, że wszystko powyłączał i pozamykał. Cała czwórka kierujących na szczęście czuła się już dobrze i była zdatna do jazdy autem. Przynajmniej tak twierdzili. Nawet nie chciało mi się z nimi wykłócać, i tak nic by to nie dało. Poza tym już widziałam ich w akcji i wiedziałam, że są dobrymi kierowcami. Pomijając kilka "drobnych" stłuczek pana Tomlinsona.
     Usiadłam w czarnym Mustangu na miejscu pasażera i zapięłam pasy. Za moment do środka wszedł też Ash. Odpalił silnik i za chwilę ruszyliśmy. Ostatni raz spojrzałam na drewniany piętrowy dom za mną i westchnęłam cicho. To był naprawdę szalony wyjazd. Cieszyłam się, że już wracam do domu i mamy, mimo kilku wspaniałych momentów, które jednak miały miejsce w ciągu tego tygodnia.
-I jak, cieszysz się, że już wracasz? - zapytał Ash, jakby czytał w moich myślach.
-Tak, w końcu gdzie lepiej jak nie w domu.
-Ale chyba nie bawiłaś się źle?
-Dobrze wiesz, jak się bawiłam. Momentami bywało ciężko, ale jednak ten odpoczynek od wielkiego miasta dobrze mi zrobił.
-Wiesz, pytam się tak, bo jednak to ja cię namawiałem do tego wyjazdu i w ogóle...
-Nikt mnie nie namawiał - powiedziałam przerywając mu. -Dostałam od was propozycję i sama się zgodziłam. Naprawdę nie masz czym się martwić.
-A co z Louisem? - zapytał po kilkunastu minutach ciszy. Zaklęłam w myślach.
-Nic, co ma być.
-Dogadaliście się, prawda?
-Już o tym rozmawialiśmy...

Ashton POV
     -... Jest trochę specyficzny, co nie zawsze mi odpowiada, ale mi w zasadzie nic konkretnego nie zrobił. Poza tym stara się.
Stara się... Ciekawe tylko czy Lucy wiedziała, dlaczego tak się stara. To były po prostu jego gierki, by wyrwać dziewczynę. Był jak dzikie zwierzę na sawannie. Zobaczył świetny cel, więc zaczął się skradać, by go zdobyć w jak najlepszy sposób. Już kilka razy mówiłem jej, by na niego uważała, bo potrafi być podstępny, ale ona chyba wiedziała swoje. Martwiłem się o nią, ale chyba nie mogłem zakazać jej z nim rozmawiać. Była dorosła. Naprawdę miałem tylko nadzieję, że ten pacan jej nie skrzywdzi. Wtedy nie wiem co bym mu zrobił. Chyba wysłał w zaświaty.
     Lucy stała się dla mnie bardzo ważna. Uwielbiałem ją, a nawet czułem i coś więcej. Nie chciałem jednak być nachalnym. Cały czas nie mogłem pozbyć się uczucia zażenowania, gdy pocałowałem ją po pijaku. To nie było w moim stylu, ale nie mogłem się wtedy powstrzymać...
     Chciałem, żeby między nami było coś więcej, naprawdę tego pragnąłem, ale jednocześnie bałem się. Bałem, że mnie odrzuci i że wtedy stracę jej przyjaźń, stracę ją. Wolałem więc trzymać ją na dystans, będąc tym samym w bezpiecznej pozycji. Chciałem być obok niej, chronić ją i opiekować się. Na razie nie myślałem co będzie dalej, nie chciałem o tym myśleć. Pragnąłem tylko, by dzięki mnie wróciła do zdrowia oraz żeby po prostu była szczęśliwa.
     Ponad półtoragodzinna podróż bardzo szybko nam minęła. Podczas trasy dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się i wspominaliśmy wyjazd, pomijając jego złe aspekty. W końcu gdy wyjechaliśmy do Londynu wiedziałem, że nasza pogawędka dobiega końca. Mógłbym rozmawiać z nią godzinami.
     Zatrzymaliśmy się pod jej domem. Wysiadłem razem z nią i powiedziałem, że pomogę zanieść jej torbę do domu. Drzwi otworzyła nam jej mama, która gorąco wyściskała córkę.
-Mamo, nie było mnie tylko tydzień.
-Wiem, wiem, ale i tak się stęskniłam - zaśmiała się kobieta, a potem spojrzała na mnie. -Cześć, dziękuję za odwiezienie Lucy.
-Nie ma za co - uśmiechnąłem się.
-Wyjazd się udał?
-Oczywiście - odpowiedziałem z delikatnie wymuszonym uśmiechem.
-To bardzo cię cieszę - odpowiedziała, a potem powiedziała, że zaniesie torbę Lucy do jej pokoju. Pożegnała się ze mną. Zostaliśmy w przedpokoju sami.
-Co do naszej rehabilitacji... - zacząłem po chwili krępującej ciszy. -Odezwę się do ciebie. Muszę najpierw ustawić sobie grafik po urlopie.
-Jasne, dostosuję się do każdego terminu - powiedziała, następnie przytuliła się do mnie. Objąłem ją mocno. -Naprawdę dzięki za ten wyjazd... Dzięki za wszystko.
-To ja dziękuję. Bez ciebie zwariowałbym z tymi kretynami.
-Hej, to w końcu twoi znajomi, myślałam, że lubisz wasze imprezy.
-Lubię, ale przecież ile można - zaśmiałem się.
Sprezentowałem jeszcze na jej policzku całusa, następnie opuściłem jej dom. Wsiadłem do auta i pojechałem w kierunku swojego domu. Przede mną był powrót do rzeczywistości. Cieszyłem się, ten wyjazd naprawdę mnie wymęczył psychicznie.


Jak zawsze zapraszam do dwóch rzeczy: do komentowania rozdziału oraz do odwiedzania mojego wattpada!
Mam nadzieję, że sie podobało :)
Do następnego :*


1 komentarz:

  1. Ale z Ashtona jest wielka dupa, zamiast powiedzieć wprost co czuje to on odgrywa wielce bohatera. Czekan na ciąg dalszy :>

    OdpowiedzUsuń