piątek, 27 listopada 2015

Rozdział 21

     Siedziałam na fotelu wpatrzona w okno. Deszcz intensywnie uderzał w szybę. Odgłosy stukania mieszały się z dźwiękami strzałów, które dobiegały z telewizora. Niall, Liam i Michael oglądali jakiś denny film o pościgach i wybuchach, a resztę domowników gdzieś wcięło. Momentalne zepsucie się pogody sprawiło, że wszyscy zmarkotnieli. I tak już kiepska atmosfera zrobiła się jeszcze gorsza.
     Chciałam jeszcze porozmawiać z Ashtonem na temat tego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej w ogrodzie, ale zbywał mnie. Mówił, że to drobne braterskie nieporozumienie. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Już kilka razy byłam świadkiem sprzeczek w tej ekipie, ale jeszcze nigdy nikt się nie pobił. Musiało stać się coś poważnego, a ja chciałam się dowiedzieć co.
     Skoro mój przyjaciel nie chciał mi nic zdradzić, musiałam poszukać innego źródła informacji. W tym przypadku najlepszym źródłem była druga strona konfliktu. Nie byłam przekonana, czy on zdecyduje się coś powiedzieć, zwłaszcza, że między nami nie było ostatnio najlepiej, ale warto było spróbować.
     Przez chwilę zastanawiałam się gdzie może być Louis. Nie chciało mi się przeszukiwać każdego kąta domu, więc postanowiłam zajrzeć w miejsce, które wydawało mi się najbardziej sensowne. Gdzie może ukrywać się nadąsany fan motoryzacji jak nie w swoim samochodzie?
     Wyszłam przed dom. Cały czas padało. Spojrzałam w stronę samochodów i spróbowałam dojrzeć z daleka, czy ktoś siedzi w jednym z nich. W jednym z nich paliło się delikatne światełko, więc oznaczało to, że tak. Zarzuciłam na głowę kaptur i podbiegłam, niestety trochę kulejąc, w stronę czerwonego Forda. Zapukałam w szybkę, a za moment ta opuściła się. Louis siedzący we wnętrzu spojrzał na mnie pytająco.
-Chcę pogadać.
-Wsiadaj - powiedział tylko, więc szybko obskoczyłam samochód i usiadłam na miejscu pasażera.
     W środku śmierdziało papierosami. I to nie dlatego, że to było auto Louisa, które zawsze tak śmierdzi. W powietrzu unosił się świeży dym, więc mężczyzna musiał właśnie wypalić kilka fajek. Postanowiłam jednak się tym nie przejmować. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie.
-Przepraszam. Trochę tu nadymiłem.
-Daj spokój, byłam na to gotowa przychodząc tu.
-Ale ja naprawdę przepraszam - powiedział odwracając głowę w moją stronę. Jego oczy jak u zbitego psa wierciły dziurę w moim sercu.
-Za co?
-Wiesz za co, za wszystko. Za te moje durne wybryki, za to, że cały czas cię zawodzę... Jestem beznadziejny.
-Trochę.
-Wybaczysz mi? Nawet nie wiesz jak idiotycznie się czuję. Zrobiłbym wszystko, żebyś mi wybaczyła.
-W takim razie wybaczę ci, jak mi powiesz o co pobiliście się z Ashtonem.
Louis zamilkł i ponownie odwrócił wzrok. Jego wyraz twarzy zmienił się w chwilę, z błagalnego na nadąsany.
-To nic takiego.
-A ja jestem królowa Elżbieta, błagam. Przecież poobrażaliście się na siebie jak gówniarze w przedszkolu.
-Czasami tak mamy. Jesteśmy rodzeństwem. Jedynaczka tego nie zrozumie.
-Oh, przestań pieprzyć - podniosłam głos, zaczęłam czuć coraz większą irytację. -Zamiast się pogodzić, to się boczycie. Ash jest tchórzem i unika ze mną tematu. Chociaż ty jako ten starszy pokaż, że tym tchórzem nie jesteś.
To zdanie najwyraźniej na niego podziałało. Od razu odwrócił głowę w moją stronę. Oddychał ciężko i wyglądał trochę, jakby bił się z własnymi myślami. Wiedziałam, że wkrótce ulegnie. Wiedziałam, ale nie domyślałam się, że... rzuci się na moje usta.
     Przykleił się do moich warg i w tym momencie totalnie mnie zamurowało. Nie wiedziałam jak zareagować. Pocałunek trwał kilka sekund, a potem szatyn odsunął się, cały czas trzymając dłoń na moim policzku. 
-Skoro on jest tchórzem to ja nie chcę nim być - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Gdy szok minął, ocknęłam się i momentalnie odwróciłam głowę. Wtedy dopiero poczułam buzującą krew w żyłach.
-Louis, ja... Co to było...
-Przepraszam, może nie powinienem, ale...
-Nie, nie tłumacz się. Lepiej już pójdę.
Zarzuciłam na głowę kaptur i szybko opuściłam auto Louisa. Adrenalina sprawiła, że w ogóle zapomniałam o tym, że nie jestem do końca sprawna i dosłownie biegiem wróciłam do domu.   
     Wpadłam do przedpokoju opierając się o ścianę i głośno oddychając. Za chwilę dopiero zorientowałam się, że stała przede mną Sophia.
-Co się stało? Gdzie ty byłaś?
-Ja? Co?... Nie, nic. Pójdę do siebie.
Udałam się na piętro. Bałam się, że w sypialni będzie Ashton, a to raczej nie był najlepszy moment, by znaleźć się z nim twarzą w twarz. Schowałam się więc do łazienki, zamknęłam drzwi i usiadłam na dywaniku. Gdy już mój oddech się uspokoił, zaczęłam myśleć... Czy to znaczy, że chłopaki pokłócili się... o mnie?
     Przecież to niedorzeczne. Niedorzeczne i idiotyczne, ale wiele na to wskazywało. Wiedziałam, że podobam się Louisowi, który jest zazdrosny o moją przyjaźń z jego bratem. Ale żeby od razu się pobić? Nie, to niemożliwe. Miałam nadzieję, że po prostu źle to interpretuję. 
     Nie wiem jak długo siedziałam w tej łazience, ale totalnie wyłączyłam się ze stanu świadomości na ten czas. Dopiero pukanie do drzwi mnie obudziło.
-Halo? Jest tam kto? Lucy?
Za drzwiami stała Sophia. Postanowiłam wyjść z pomieszczenia i dać znać, że wszystko ze mną ok. Jeszcze pomyśleliby, że tam umarłam czy coś.
-Przepraszam, już wolne - rzuciłam ze sztucznym uśmiechem, opuszczając pomieszczenie.
-Nie o to chodzi, po prostu siedziałaś przez jakąś godzinę. Coś się stało?
-Nie, nic, ja tylko...
I niestety nie dokończyłam, bo nagle ujrzałam za Sophią wchodzącego po schodach Louisa. Gdy tylko mnie zobaczył speszył się, a potem spuścił wzrok i szybko uciekł do siebie.
-Co jest grane? Teraz wy się pokłóciliście?
-Nie, Sophia. To trochę dłuższa historia... Ale wybacz, nie mam teraz siły jej opowiadać. Pójdę się położyć.
-Jasne, leć.
     Udałam się do swojej sypialni. Ashtona na szczęście nie było. Trochę było mi ciężko z myślą, że przez ich kłótnie i nasza relacja cierpi, ale to Ash nie chciał ze mną gadać. Skoro miał zamiar się obrażać jak gówniarz... Cóż, jego sprawa. Miałam tylko nadzieję, że nie potrwa to długo.
     Leżałam w koszulce nocnej pod kocem. Wpatrzona byłam w sufit. Nie chciało mi się jeszcze spać, ale co innego miałam robić? Wszystko było bez sensu.
     Wkrótce do sypialni wszedł Ashton. To dziwne, nie rozmawiałam z nim praktycznie od obiadu. ale skoro nie chciał, to nie.
     Blondyn naszykował się do snu, a potem sam położył się na łóżku. Nie odezwał się ani słowem, zresztą tak samo jak ja. 
-Mieliśmy dziś poćwiczyć - rzucił w końcu. Nie mogłam wytrzymać, ale zaśmiałam się pod nosem.
-Nie chciałeś ze mną normalnie gadać, a mówisz o ćwiczeniach.
-Przepraszam, tak wyszło...
-Przepraszam, tak wyszło - powtórzyłam papugując go, a potem odwróciłam się do niego plecami. Miałam dosyć tego dnia. Miałam dosyć tego wyjazdu. Miałam dosyć tej pieprzonej kontuzji. Gdyby nie ona, nigdy nie poznałabym Ashtona i jego walniętego braciszka. Życie to jednak pasmo niefortunnych zdarzeń.
     Irytujący odgłos kropel deszczu upadających na parapet nie był raczej czymś, co pozwoliło, że wstałam z dobrym humorem. Nasz wyjazd dobiegał końca i jak widać dobra pogoda również. Pomyślałam, że to już ostatni dzień, w końcu. Pod wieloma względami było cudownie, ale zaczynały męczyć mnie już te wszystkie sprzeczki, niedopowiedzenia i niezręczne sytuacje.
     Z samego rana nie było Asha w pokoju, więc postanowiłam to wykorzystać i szybko się ubrać. Niestety, mój przyjaciel wszedł do pokoju akurat, gdy zapinałam biustonosz.
-Ups, przepraszam - usłyszałam od niego i niemalże zobaczyłam, że robi się czerwony na twarzy. Też poczułam lekkie zażenowanie, ale bez przesady. Przecież nie byłam naga, a Ash już nie raz widział mnie bez ubrań chociażby na plaży czy rehabilitacji.
-Spoko, nic się nie stało - powiedziałam, a potem dokończyłam ubieranie, nawet na niego nie zerkając. Widziałam tylko kątem oka, że chłopak usiadł na swoim łóżku.
-Lucy - usłyszałam jego cichy głos. Odwróciłam się. -Wiesz, rehabilitacja... Systematyczność jest bardzo ważna. Wczoraj nie ćwiczyliśmy, poświęćmy dzisiaj na to chociaż pół godzinki.
-Okej, jak chcesz.
-Jak chcesz? Od kiedy przestało zależeć ci na twojej nodze? Dlaczego właściwie jesteś na mnie obrażona?
-To ty nie chcesz ze mną rozmawiać od wczoraj.
-Jak widać, mówię do ciebie. Nie chcę się z tobą kłócić.
W tym momencie Ashton wstał i podszedł do mnie. Trochę bałam się spojrzeć mu w oczy, nawet nie wiem czemu. W końcu to zrobiłam, gdy złapał lekko mój podbródek i przekręcił głowę w swoją stronę.
-Przepraszam cię bardzo. Wiem, wczoraj byłem trochę ponury, ale to przez to, co było między mną a Louisem. Nie powinnaś cierpieć przez nasze sprzeczki. Przepraszam jeszcze raz.
Kiedy mnie przytulił odwzajemniłam gest, jednak nadal miałam w głowie pełno mieszanych myśli. Z jednej strony też nie chciałam się z nim kłócić, ale z drugiej... Wciąż myślałam o powodzie ich bójki oraz o tym, co stało się parę godzin później w aucie Tomlinsona.
-Zjem śniadanie i możemy poćwiczyć - powiedziałam, a potem wskoczyłam w klapki i zeszłam na parter.
     W salonie przed telewizorem zamulali Michael i Niall, reszty chłopaków nie wiedziałam w pobliżu. Weszłam do kuchni, gdzie natknęłam się na Sophię.
-Cześć - powiedziała uśmiechnięta. -Jak dzisiejszy humor?
-Średnio - odparłam, wstawiając wodę w czajniku.
-Cóż, wszystko przez ten deszcz. To raczej nie najlepsza pogoda na wakacyjny wyjazd.
-Na szczęście ten wyjazd już się kończy - rzuciłam pod nosem.
     Za chwilę usłyszałam, ze ktoś wchodzi do kuchni. Odwróciłam się i zobaczyłam w progu Louisa. Mężczyzna spojrzał na mnie z emocją na twarzy, której nie mogłam rozszyfrować, po czym szybko przeniósł wzrok na Sophię.
-Jest jakaś kawa?
-Lucy właśnie podgrzewa wodę, musisz chwilę poczekać.
Louis usiadł na krześle przy stole. Niestety za moment dziewczyna Liama opuściła kuchnię i zostałam tam tylko z Louisem. Ugh, było bardzo niezręcznie. Powietrze w pomieszczeniu nadawało się do krojenia nożem.
-Lucy - nagle zaczął, czego się obawiałam. Nie wiem czy byłam gotowa na rozmowę z nim. -Chciałem cię przeprosić za wczoraj... Trochę mnie poniosło, strasznie mi głupio i chciałbym...
W ogóle nie reagując na jego słowa, postanowiłam przed jego nosem kawę, po czym wzięłam swój kubek i talerz ze śniadaniem i zamierzałam wyjść z kuchni. Niestety mężczyzna przeszkodził mi w tym łapiąc mnie delikatnie za łokieć.
-Proszę, zostań. Porozmawiajmy.
-Nie wiem czy rozmawianie w miejscu pełnym plotkujących ludzi jest dobrym pomysłem.
-Ale teraz nikogo tu nie ma. Proszę.
Po chwili namysłu postanowiłam usiąść obok niego. Przecież nie mogłam zachowywać się jak obrażona gówniara. Wtedy zeszłabym do poziomu Asha i Louisa. Chciałam pokazać, że nie boję się konfrontacji i zależy mi na rozwiązaniu sporu.
-Wiesz o co wczoraj pobiłem się z Ashem? - zaczął cicho. -Po prostu mnie wkurwił. Powiedział kilka słów za dużo i cóż, uraził moją dumę. Taka moja wada, czasem jestem zbyt impulsywny...
-Kolejną twoją jak i jego wadą jest to, że nie umiecie się pogodzić.
-Pogodzimy się, tylko potrzebujemy chwili. Widzę, że i ciebie to dotknęło, a nie chciałbym, żebyś chodziła przybita.
Cieszyłam się, że to powiedział. Ale niestety to nie było wszystko, o czym musieliśmy pogadać.
-Dlaczego wczoraj w samochodzie... -zaczęłam, przełykając ślinę. -Dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś?
-Powiedzieć ci dlaczego? Bo już nie mogłem wytrzymać. Za długo więziłem w sobie chęć bycia z tobą blisko.
Zażenowanie, stres i krępacja. Właśnie to wtedy poczułam. Spuściłam głowę i zapatrzyłam się w kubek z kawą, który mocno ściskałam w dłoniach.
-Wiem, że zapewne nie czujesz tego samego i zbłaźniłem się przed tobą. Ale... Tak strasznie byłem zazdrosny o Ashtona... Że on spędza z tobą tyle czasu i tak świetnie się dogadaliście. Gdy powiedziałaś, żebym nie był tchórzem, to musiałem to zrobić. Musiałem utrzeć mu nosa.
-Pocałowałeś mnie, by utrzeć mu nosa? - spojrzałam na niego lekko zirytowana. Naprawdę obrzydziły mnie te słowa. Louis szybko zdał sobie sprawę co powiedział i puknął się w czoło zażenowany.
-Nie, to nie tak - odparł szybko, po czym odłożył swoją i moją kawę, po czym złapał moje dłonie. -Zrobiłem to, bo mi się podobasz i byłbym najszczęśliwszym facetem na świecie, gdybyś chciała... Wiesz, pójść ze mną do kina, albo pubu.
-Czy ty właśnie zapraszasz mnie na randkę?
-No, chyba tak to można nazwać - wzruszył ramionami.
Randka... Z Ashtonem też wiele razy wychodziłam, ale nigdy nie użył on słowa "randka". Nasze spotkania odbywały się pod hasłem "Mam wolny wieczór, ty też, chodźmy na kawę, by się nie nudzić". Randka to zupełnie coś innego. Był tylko jeden problem - czy ja chciałam iść na randkę akurat z nim?
-Słuchaj - zaczęłam po chwili namysłu i wzięciu głębokiego oddechu. -Widzę, że się starasz. Że zmieniłeś się przez ostatni czas. Randka to trochę za dużo jak dla mnie, ale... Możemy spotkać się kiedyś w Londynie. Tak po prostu, żeby porozmawiać. Żeby ocieplić nasze relacje.
-Byłoby mi miło. Nie chcę być nachalny.
-Myślę, że się dogadamy - uśmiechnęłam się lekko. Nawet nie zauważyłam, że wciąż trzymaliśmy się za ręce.
-Lucy, jesteś już gotowa?
Do kuchni wszedł nagle mój rehabilitant. Momentalnie odsunęliśmy się od siebie z Louisem. Ash miał dziwny wyraz twarzy. Jakby trochę smutny, zawiedziony, może nawet i zirytowany.
-Pozwól, że dopiję kawę, dobrze?
-Czekam w sypialni - rzucił na koniec, a potem wyszedł z kuchni. Ponownie spojrzałam na Louisa.
-Wybacz, ale ćwiczenia.... Muszę ćwiczyć regularnie.
-Oczywiście, rozumiem. Leć.
Dopiłam szybko kawę, wzięłam dwie łyżki musli i poszłam na piętro. Nie myślałam jednak o czekających mnie, zapewne niezręcznych ćwiczeniach z Ashem. Myślałam jedynie o Louisie i jego propozycji spotkania. Musiałam poważnie zastanowić się, czy chcę mieszać się w znajomość z tą osobą. Osobą, która jeszcze parę tygodni temu denerwowała mnie jak nikt inny. Czy ludzie naprawdę potrafią się zmienić?

1 komentarz: