niedziela, 27 września 2015

Rozdział 17

     Po kilkugodzinnym leniuchowaniu na plaży, która była naprawdę piękna, przenieśliśmy się do serca miasta, a właściwie miasteczka. Było odrobinę większe od Chichester, ale jego ścisłe centrum wcale nie porażało swoją wielkością. Mimo wszystko było tam bardzo ładnie. Dużo restauracji, hotelików i spacerujących turystów.
     Byłam naprawdę głodna, chciałam zjeść jakiś obiad. Poza tym Ashton obiecał, że postawi mi deser. Oczywiści nasza rozmowa na ten temat miała raczej żartobliwy charakter, ale Ash uważał inaczej, uparł się i powiedział, że jak umowa, to umowa.
     Tego dnia naprawdę dobrze się czułam. Z moją nogą było coraz to lepiej, co potwierdził nawet mój rehabilitant podczas krótkich ćwiczeń na plaży. Większość czasu chodziłam już bez kuli, czasami asekuracyjnie z Ashtonem pod ramię i naprawdę dobrze sobie radziłam, nawet dorównywałam mu kroku. Rokowania były bardzo dobre. Byłam pełna optymizmu.
     Atmosfera zepsuła się odrobinę, gdy byliśmy już w knajpie. Właściwie wszystko było dobrze, ale ja jednak wyczuwałam jakieś złe fluidy w powietrzu. Jedliśmy jakieś fast-foody i piliśmy piwo. Oczywiście ci co mogli. Louis nie wyglądał na zachwyconego faktem, że musi być abstynentem przez kilka godzin. Cóż, sam chciał prowadzić samochód, jego wybór. Mówiąc szczerze wydawało mi się, że gdyby mnie tam nie było, piłby jak wszyscy. W końcu przyznał się, że zdarzało mu się prowadzić pod wpływem alkoholu. Oczywiście, że tego nie popierałam, chociaż w jakiś sposób doceniałam jego szczerość. Nigdy nie byłam fanką takiego stylu życia, ale po moim wypadku moje poglądy jeszcze bardziej się zaostrzyły. Gdy myślałam o tym, że człowiek, który mnie potrącił, na jakieś dziewięćdziesiąt procent był pod wpływem jakichś substancji odurzających, robiło mi się niedobrze. A na samą myśl, że to mógłby być na przykład taki Louis, aż przechodziły po mnie ciarki. Wiedziałam, że nie jest święty, ale miałam nadzieję, że nie spowodował nigdy żadnego wypadku. Tego bym nie wybaczyła. Nie chciałam go o to pytać, bo bałam się, że znów się zdenerwuje, ale pomyślałam, by wypytać o to Ashtona. Był jego bratem. Wprawdzie przyrodnim, ale wiedzieli o sobie wszystko. A mnie bardzo to nurtowało i musiałam to wiedzieć.
     Z powrotem do Chichester zaczęliśmy się zbierać około szóstej po południu. Spędziliśmy prawie cały dzień nad kanałem La Manche. Było naprawdę świetnie. Tak bardzo chciałam, by już tak zostało do końca wyjazdu... W końcu po to tu przyjechałam. By odpocząć, zrelaksować się, zapomnieć o złych wydarzeniach, które mnie spotkały.
     Po drodze stwierdziliśmy, że przydałoby się zrobić małe zakupy, bo nasza lodówka powoli zaczynała świecić pustkami. Tak więc Harry ze swoimi pasażerami wrócili do domku, a my pojechaliśmy do miasta i zatrzymaliśmy się pod mini-marketem. Ashton powiedział, żebym została w aucie, ale przecież nie byłam aż taką kaleką. Chciałam normalnie wyjść i też rozejrzeć się po asortymencie. Poza tym tamtego dnia naprawdę świetnie się czułam i chodziło mi się z dużą łatwością. Ashton był czasem trochę nadopiekuńczy. Doceniałam to w jakiś sposób, ale nie chciałam też być traktowana jak niepełnosprawne dziecko.
     Pierwszy regał, o który zahaczyliśmy w sklepie, był bogaty w alkohole. Louis i Niall spakowali do wózka chyba z dziesięć czteropaków piwa i jeszcze coś mocniejszego. Zapasy jak na wojnę. Pokiwałam tylko głową i zaśmiałam się pod nosem. Już naprawdę nie przeszkadzały mi te ilości alkoholu. Byleby nikt się nie kłócił pod jego wpływem. No i byle nikt nie wpadł na pomysł, żeby się naćpać. Poprzedniego dnia chłopaki wyglądali jak trochę upaleni, ale sama nie wiem. Może tylko przesadzałam. Ashton też nie miał tej pewności, chociaż dał mi do zrozumienia, że jest to możliwe.
     Poza litrami alkoholu, zaopatrzyliśmy się też w zapas kiełbasek na ewentualne kolejne grille, pieczywo, trochę owoców, jakieś mrożonki, gazowane napoje. Były wakacje, nikomu nie chciało się robić domowych obiadków, to oczywiste. Poza tym, chyba tylko ja i Sophia byłybyśmy w stanie ugotować coś zjadliwego. Każdy z tych facetów miał totalnie dwie lewe ręce. Nie mieli ich tylko, jeżeli chodziło o samochody i konsolę. No i oczywiście o rehabilitację, ale to tylko jeden z nich. To trzeba była przyznać - jego ręce działały cuda.
     Wspominałam coś o tym, że tamten dzień był cudownie spokojny i chciałam, by tak już zostało? Oczywiście, jak zawsze, liczyłam chyba na zbyt wiele. Bo czym byłby zwykły wypad do sklepu bez wpadnięcia na ekipę swojego byłego. Liczyłam się z tym, ale... Ugh, myślałam, że może już sobie pojechali. Tak, zdecydowanie źle myślałam.
     Osoba, na którą wpadliśmy, nie była wprawdzie Zaynem, ale była jego przyjacielem, a to prawie to samo. Gdy akurat wychodziliśmy ze sklepu, w drzwiach minęliśmy się z Calumem. Oczywiście zrobiło się trochę niezręcznie. Rzuciliśmy sobie oschłe "Cześć" i myślałam, że na tym się skończy. Jeszcze czego. Na szczęście nie było tak źle, jak myślałam, że będzie.
     Chłopak zatrzymał mnie trochę niepewnie i zapytał, czy możemy pogadać. Po krótkim zastanowieniu zgodziłam się. Zayna olałabym w trybie natychmiastowym, ale Calum to było coś zupełnie innego. Stwierdziłam, że on przecież nie zalazł mi niczym za skórę. Powiedziałam więc chłopakom, by poczekali na mnie w aucie, a ja zostałam z Calem.
-Tak właściwie to miło cię wiedzieć - zaczął ciemnowłosy. -Wczoraj nie było zbytnio okazji, by pogadać, a wiesz... No po prostu stęskniłem się, tak jakby.
-Calum, mi też jest ciężko i przykro, że nasze relacje się spieprzyły przez to, co się wydarzyło. Ale dobrze wiesz, że to już się nie zmieni.
-Wiem - westchnął. -Ale Zayn ciągle gada o tobie, też tęskni.
-Proszę, przestań - rzuciłam przez zęby. -Nie chcę tego słuchać. Chcę o nim zapomnieć, ale jak mam to zrobić, skoro nie dajecie mi szansy? Calum, zrozum mnie. To zakończony etap...
-Ten blondyn, Ashton? - zaczął, przypominając sobie jego imię. Potwierdziłam. -Wy... jesteście parą?
-Nie Calum, nie jesteśmy - odpowiedziałam, lekko zmęczona już tym pytaniem. -Nie mam nikogo. I nie chcę, żebyś mówił o tym Zaynowi. To nie jego sprawa. Chyba to możesz dla mnie zrobić?
-Jasne - przytaknął, z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Wiesz, właściwie to mam do ciebie i Luke'a mały żal.
Chłopak spojrzał na mnie z pytajnikami w oczach.
-Nie rozumiem.
-Bronicie go i to co zrobił. No ale rozumiem, wy jesteście jego przyjaciółmi, nie moimi.
-Lucy, nie mów tak... - brunetowi zaczerwieniły się lekko policzki. -Zawsze cię lubiłem i będę lubił, tylko po prostu... Eh, Zayn też jest moim kumplem, to nie tak, że popieram jego decyzje, ale nie mogę od tak...
-Wiem, nie tłumacz się - przerwałam mu wypowiedź, z którą i tak się bardzo męczył. Wiedziałam, że jemu też jest ciężko. Postanowiłam złagodzić sytuację. -Spotkamy się na kawę po powrocie do domu?
-Jasne, zadzwonię do ciebie - przytaknął. -Kiedy wracacie?
-W niedzielę, a wy?
-My już pojutrze - odpowiedział, po czym wyjął swój telefon i spojrzał na godzinę. -Wiesz, muszę już iść. Zayn i Luke czekają w knajpie niedaleko, miałem tylko skoczyć po małe zakupy.
-Jasne, leć - powiedziałam, po czym podałam mu rękę. -Do zobaczenia.
     Bardzo dziwnie czułam się po tej rozmowie. Zayn, Luke, Calum i ja, byliśmy swego czasu naprawdę dobrą paczką. Moje rozstanie z Malikiem wiele zmieniło. Straciłam ich. Z jednej strony miałam do nich mały żal, ale z drugiej nie mogłam przecież liczyć na to, że będą się tak samo przyjaźnić ze mną jak i z nim. To Zayna znali dłużej, więc z nim zostali. Właściwie to nie było to takie złe. Ja znalazłam sobie już nowych znajomych. Może trochę innych, niż zwykłam mieć, ale miałam przynajmniej do kogo się zwrócić w napadach samotności. Mimo wszystko chciałam się spotkać z Calumem sam na sam i porozmawiać na spokojnie.
     Wróciłam do auta. Bez słów ruszyliśmy w stronę domku Harry'ego. Chłopaki o nic nie pytali, co bardzo mnie ucieszyło. Nie miałam ochoty odpowiadać na żadne pytania.
     Wieczór mijał spokojnie. Nikt nie miał ochoty imprezować, grać w głupie zabawy i tym podobne. Louis i Harry grzebali coś przy swoich maszynach, Liam i Sophia jak zawsze gdzieś się zaszyli, reszta również zajęła się swoimi sprawami. Stwierdziłam, że to idealny moment, by pogadać na spokojnie z Ashtonem. 
     Znalazłam go gdzieś w głębi ogrodu. Leżał na leżaku i odpoczywał. W uszach miał słuchawki, był w swoim małym świecie. Ukucnęłam obok niego i wyjęłam jedną słuchawkę. Usłyszałam jakiś rockowy kawałek, którego nie znałam, jednak brzmiał całkiem przyjemnie. Wtedy Ashton otworzył oczy i spojrzał na mnie.
-Co tam? - zapytał.
-Co tu tak leżysz sam?
-Po prostu, relaksuję się - odpowiedział, po czym podniósł się do pozycji siedzącej i zrobił mi miejsce na leżaku, bym mogła usiąść obok niego.
-Dzisiejszy dzień był w porządku - stwierdziłam. -Bardzo podobało mi się na plaży.
-Może jeszcze tam pojedziemy, mamy jeszcze kilka dni - powiedział, a ja przytaknęłam. -A jak twoja rozmowa z tym twoim kolegą?
-Z Calumem? No cóż... - wzięłam głęboki oddech. -Dziwnie. Wiesz, bardzo się kiedyś lubiliśmy. Sprawa między mną i Zaynem wszystko rozpieprzyła.
-No niestety, skądś to znam. Przyjaciele nie mogą się rozdwoić.
-Ale na szczęście ja znalazłam sobie dobre zastępstwo. Naprawdę się cieszę, że was poznałam. Mimo wszystko.
-Może niedługo niechęć do aut ci przejdzie i sama zaczniesz jeździć - zaśmiał się.
-Jasne, to moje marzenie - zakpiłam. -Już zbieram pieniądze na Nissana... Nissana Sup.. Spy...
-Skyline? - poprawił mnie, a ja potwierdziłam. Ash zaśmiał się.
-Przepraszam, nie znam się na tym. Ale w wyścigówce było to auto i Louis mówił, że jest niezłe.
-Bo jest, dobre do tuningu. Ale o tym to gadaj z Niallem. Sam jest właścicielem fioletowego Skyline'a.
-Tak? Louis nic mi nie mówił.
-Bo jego obchodzą tylko jego samochody - ponownie się zaśmiał. -Uważa, że są najlepsze na świecie.
-I pewnie jeszcze uważa się za najlepszego kierowcę?
-No, skromny to on nie jest. Może nie jest aż takim narcyzem jak Liam, ale też ma spore mniemanie o sobie.
-Naprawdę jeździ tak wyśmienicie? - zaczęłam swoje małe śledztwo. -W końcu mówił, że zdarzało mu się prowadzić po pijaku.
-To zupełnie inna sprawa. Po pijaku każdy trochę się zmienia. Na trzeźwo jest dobrym kierowcą.
-Czyli zdarzały mi się jakieś stłuczki?
-No cóż... -Ashton zamilkł na moment, jakby myślał nad idealną odpowiedzią. -Wyobraź sobie nieokrzesanego wariata, który prowadzi sportowy wóz. Nawet najlepszym kierowcom zdarzają się wypadki, zwłaszcza gdy nie są trzeźwi.
-Ale potrącił kiedyś kogoś? - drążyłam. Musiałam to z niego wyciągnąć.
-Nic mi o tym nie wiadomo. Wszyscy by o tym wiedzieli, gdyby stało się coś takiego.
-Wiesz, po prostu...
-Ale ja naprawdę cię rozumiem - przerwał mi i objął mnie ramieniem. -I zapewniam cię, że nikt w tej ekipie nigdy nie spowodował jakiegoś strasznego wypadku. Wjechanie w słup albo barierkę podczas szarżowania po pustej drodze, to coś innego - parsknął pod nosem. -Ale nic więcej.
-Dzięki. Czuję się spokojniejsza - uśmiechnęłam się do siebie. Naprawdę czułam się pewniej. Nie mogłabym zadawać się z osobą, która zrobiła kiedyś komuś krzywdę. -Co powiesz na jeden mały wyścig?
-Wyścig? Jaki wyścig? - Ashton spojrzał na mnie zdziwiony, gdy to zaproponowałam. -Do około domu?
-Jasne, zwłaszcza z moją nogą - zaśmiałam się. -O grę na konsole mi chodzi, głupku. No chodź, zajmiemy sobie jakoś czas.
-Ty jednak naprawdę przekonujesz się do samochodów - pokiwał głową śmiejąc się. Następnie wstaliśmy z leżaka i podążyliśmy w stronę salonu.

Ashton POV
     Czułem się naprawdę beznadziejnie po raz kolejny kłamiąc. Nie chodziło tu o jakieś wielkie kłamstwa, ale o lekkie naginanie prawdy. Robiłem to tylko po to, by nie spowodować jakiejś kłótni, naprawdę tego nie chciałem. Wiedziałem jaki Lucy ma stosunek do jeżdżenia po pijaku, brania narkotyków, ścigania się i tym podobne. Gdybym powiedział Lucy, że Louis miał kiedyś wypadek, byłaby niezła draka. A nie było to nic aż tak istotnego.
     Wprawdzie Tomlinson nie potrącił żadnej osoby, ani nie wjechał w inne auto, ale za to potrącił kiedyś jakieś zwierzę. Mówił, że którejś nocy jechał szybko nieoświetloną drogą i uderzył w coś, zapewne sarnę albo lisa... Przestraszył się i pojechał dalej. Pytaliśmy się go, czy ma stuprocentową pewność, że to nie był człowiek. Powiedział, że tak. Że nikogo nie widział na drodze, więc musiało być to coś małego, co wbiegło mu pod koła. I mimo że było to tylko zwierzę, nie mogłem powiedzieć tego Lucy. Tego też by nie zniosła. Pomyślałem, że jeżeli Louis będzie chciał, sam jej o tym powie. Do tego czasu nie chciałem niczego prowokować. Chciałem jedynie ciszy i spokoju. I chciałem, by Lucy nie traciła humoru.


Mam nadzieję mała ilość komentarzy pod ostatnimi rozdziałami nie jest spowodowana tym, że znudziło wam się opowiadanie. W każdym razie, ja planuję je skończyć i mam nadzieję, że będziecie ze mną do epilogu. Mam wiele pomysłów na dalsze wątki.
Niedługo też w końcu zaproszę was na kolejne opowiadanie. Będzie bardzo tajemniczo i mam nadzieję, że też wam sie spodoba ;)

@xcinnamonlux
 

4 komentarze:

  1. Mam dziwne wrażenie, że to Louis potrącił Lucy... No oczywiście nie chcę by to była prawda ale.... okoliczności się zgadzają...
    Do następnego Skarbie <3

    OdpowiedzUsuń