niedziela, 6 września 2015

Rozdział 15

     Bardzo się cieszyłam, że atmosfera nareszcie się naprawiła. W końcu nic wielkiego się nie stało, ot zwykłe nieporozumienie. Miałam nadzieję, że ten wieczór nie skończy się tak jak poprzedni. Dlatego nie mieliśmy zamiaru grać w żadną butelkę czy inne bezsensowne zabawy. Po prostu siedzieć, rozmawiać, spędzić czas w miłej i spokojnej atmosferze.
     Prawie przez cały wieczór siedziałam obok Louisa. Cały czas gawędziliśmy i wygłupialiśmy się. Nie wiem jak to się stało, że nagle tak dobrze zaczęliśmy się dogadywać. Po prostu coś się zmieniło, przestał mnie denerwować. Wykazywał chęć poprawy i naprawienia naszych relacji. Starał się, nie mogłam mieć mu tego za złe. W końcu nic złego mi nie zrobił, tylko nasza znajomość kiepsko się zaczęła.
-Co powiecie na wypad na prawdziwą plażę, jutro z samego rana? - rzucił nagle Harry.
-A co to znaczy prawdziwa? - zapytał głupkowato Liam. -Ta dzisiejsza była sztuczna?
-O dużą plażę nad morzem mi chodzi, baranie. Stąd nad kanał La Manche jest jakieś niecałe trzydzieści minut autem.
-Czyli jakieś piętnaście w naszym tempie - wtrącił Louis, na co ja od razu puknęłam go w ramię. -No dobra, dwadzieścia. Nie będziemy aż tak pędzić.
     Wszystko zostało zaplanowane. Wizja tej wycieczki bardzo mi się podobała. Chciałam też spytać Ashtona, co sądzi na ten temat, bo nie wypowiadał się podczas rozmowy. Wtedy dopiero zauważyłam, że nigdzie go nie ma. Postanowiłam wstać i go poszukać, pod pretekstem podróży do toalety.
     W domu go nie znalazłam. Wyszłam więc przed budynek. Zobaczyłam wtedy, że w jednym z aut pali się światełko. Podeszłam bliżej. Okazało się, że Ashton siedzi w środku. Wyglądał na zamyślonego. Zapukałam w szybkę i od razu się ocknął. Opuścił szybę.
-Co ty tu robisz? - zapytałam.
-Średnio się czuję, nie mam ochoty na imprezowanie.
-Ale czemu siedzisz w aucie? Nie wolałbyś się położyć normalnie na łóżku?
-Lubię swój samochód - odpowiedział poważnie. Po chwili zastanowienia postanowiłam obok niego usiąść. Okrążyłam auto i wsiadłam na miejsce pasażera.
-Chyba, że wolisz pobyć sam - zapytałam asekuracyjnie, ale zaprzeczył.
-Ty nigdy mi nie przeszkadzasz.
 Przytaknęłam radośnie.
-Jutro chcemy jechać na plażę nad kanał. Podoba ci się taka opcja?
-Większa plaża, więcej potencjalnych byłych do spotkania - powiedział, na co od razu wybuchłam śmiechem.
-Błagam, nie mów tak. To byłby już koszmar koszmarów. Chociaż właściwie żaden z moich byłych nie działa mi tak na nerwy jak Zayn.
-Wielu ich miałaś? - odwrócił głowę w moją stronę.
-Przed Zaynem dwóch. Ale żaden z nich nie był na poważnie, po prostu się spotykaliśmy. Zayn był moim pierwszym i myślałam, że będzie jedynym. No cóż, najwidoczniej życie napisało mi inny scenariusz... - wzięłam głęboki oddech. - A ty? kiedy ostatnio miałeś kogoś?
-Jakiś rok temu. 
-Czemu wam nie wyszło?
-Kłóciliśmy się. Mieliśmy trochę inne poglądy na świat. Najpierw nam to nie przeszkadzało, ale w końcu zaczęło... 
-Podobne poglądy to ważna rzecz w związku - przytaknęłam.
-Co sądzisz o moim bracie? - nagle zapytał zbaczając z tematu, co totalnie zbiło mnie z tropu. Zamarłam na chwilę.
-Ale... Skąd takie pytanie?
-Bo nie lubiłaś go, a dziś przez cały dzień siedzicie razem.
Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że przez Ashtona przemawiała zazdrość. Nie miałam pojęcia czemu. Przecież nie łączyło mnie nic z żadnym z braci.
-Po prostu zrobił na mnie złe pierwsze wrażenie - odpowiedziałam szczerze. -Potem przeprosił, okazał skruchę i nic już do niego nie mam. To fajny facet. Trochę ekscentryczny, ale fajny. Nawet sam mi mówiłeś, że potrafi być w porządku.
-Tylko proszę cię, uważaj na niego. To niezły bajerant. Potrafi łatwo zakręcić sobie kogoś dookoła palca, bo ma dobre gadane.
-Spokojnie, przecież... My tylko się kumplujemy. Trochę.
-Dobrze. A ja tylko mówię.
Rozmowa zeszła na dziwny temat, więc postanowiłam ją zakończyć. Atmosfera znowu zaczęła robić się napięta, a to było zbędne. Chciałam już wracać, ale nie zamierzałam też zostawiać tam Ashtona samego. Chciałam by był obok mnie. Po jego krótkim narzekaniu, w końcu siłą wyciągnęłam go z auta i razem wróciliśmy na tyły domu.
     Kiedy zjawiliśmy się na tarasie, okazało się, że ludzie ostro się rozkręcili. Stanęliśmy z Ashem jak posągi i patrzyliśmy się na cyrk, który miał miejsce przed nami. Oczywiście Ashton był mniej zdziwiony niż ja, miał zapewne takie przedstawienia na co dzień.
     Liam i Michael leżeli na trawie i uprawiali... coś na kształt zapasów. Reszta, trzymając w dłoniach piwa, głośno im dopingowała.
-Ale tak na serio, to ile oni mają lat? - zapytałam na ucho stojącego obok mnie blondyna, który roześmiany kiwał głową.
-Podobno dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy... Ale teraz to sam już nie wiem. Kretyni...
     Nie dołączyliśmy do tłumu. Usiedliśmy za to na tarasie i otworzyliśmy sobie kolejne piwo, czekając, aż tamci wariaci skończą zabawę w przedszkolaków.
-Jak będziemy tak pić codziennie, to potem popadnę w jakiś alkoholizm - zaśmiałam się, biorąc łyk ciemnozłotego napoju.
-Spoko, niedaleko naszej przychodni działa poradnia psychologiczna, gdzie odbywają się spotkania anonimowych alkoholików, więc jeżeli...
-Aaa gdzieś ty była?! - podbiegł do nas nagle znikąd Louis, przerywając naszą rozmowę. Praktycznie rzucił się na mnie. -Walczyłem z Niallem i nie miał kto mi dopingować.
-Nie było mnie dziesięć minut, a ty już brzmisz jak wstawiony do granic możliwości - rzuciłam trafnie. Mężczyzna rzeczywiście był czerwony na twarzy, głośny i bardzo żywy. Mogłabym nawet rzec, że wyglądał jak naćpany, a nie pijany.
-Nie jestem wcale wstawiony, mało wypiłem - stwierdził, siadając obok mnie na ławce.
-Czy mógłbyś nie pchać się na moją nogę?
-Dlaczego nie? - zapytał głupkowato.
-Bo nie mogę jej tak bardzo zginać, nie udawaj idioty.
-Spoko, spoko, Ash cię potem wymasuje i będzie dobrze. A jak nie on, to ja to mogę zrobić.
-Z twoimi zdolnościami, możesz jej co najwyżej zrobić krzywdę - wtrącił w końcu mój rehabilitant.
Louis spojrzał  na niego spode łba, potem rzucił jeszcze coś pod nosem, a następnie wrócił do chłopaków, którzy właśnie zaczęli grać w piłkę. Obserwując ich, czułam się jak na placu zabaw wśród małych dzieci. Chorych na ADHD.
     Tego wieczora na szczęście obyło się bez żadnych kłótni i niezręcznych sytuacji. Mogłoby tak pozostać do końca wyjazdu. No i miałam też nadzieję, że nie spotkam już Zayna. Wiedziałam, że siedzi z chłopakami gdzieś w okolicy, ale modliłam się, by to było jak najdalej od domu Stylesa. Wystarczyło, że spieprzył mi jeden dzień. Chciałam o tym zapomnieć i do końca wyjazdu w ogóle się nim nie przejmować.
     Leżałam na łóżku i relaksowałam się. Jakoś nie chciało mi się jeszcze spać, mimo że ekipa już dawno porozchodziła się do swoich pokoi. W sypialni byłam sama, Ashton brał chyba prysznic. Szybko okazało się, że miałam rację, bo w niedługim czasie wszedł do pokoju. W samych bokserkach. Chciałam udawać, że w ogóle nie rusza mnie widok jego półnagiego ciała, ale nie wiem czy dawałam radę. Wyglądał naprawdę dobrze bez koszulki, co zauważyłam już parę godzin wcześniej na plaży. W gruncie rzeczy miał dużo wspólnego ze sportem, więc to nic dziwnego.
-Coś się stało? - zapytał nagle Ash i wtedy zorientowałam się, że wciąż się na niego patrzyłam. Tak, jednak nie dałam rady.
-Nie, nic - rzuciłam i szybko odwróciłam wzrok. Ponownie zaczęłam patrzeć się w ścianę.
      Chłopak usiadł na swoim łóżku i założył koszulkę. Miedzy nami była cisza. Wyczuwałam też dziwne napięcie, chciałam je trochę rozładować.
-Ash? - zwróciłam się do niego. -Przez cały dzień jesteś dziś dziwnie markotny. Nadal kiepsko się czujesz?
-Już jest lepiej, dzięki - na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć, jeżeli coś cię gryzie?
-Wiem - odpowiedział pewnie, po czym wskoczył pod koc. -Ale naprawdę wszystko jest w porządku.

ASHTON POV
     Oczywistym było, że trochę ją okłamałem. Cały czas miałem kiepski humor. Wieczorem przy grillu starałem się śmiać z innymi, ale jakoś nie potrafiłem robić tego szczerze. Zwłaszcza gdy cały czas widziałem swojego braciszka, który obłapiał Lucy swoim wzrokiem i rzucał w jej stronę swoje pijackie tekściki na podryw. Denerwował mnie wtedy jak nigdy. Musiałem wtedy odejść, zaczęła mnie od tego wszystkiego boleć głowa. Zamknąłem się w aucie i przez jakiś czas zażywałem błogiej ciszy, której tak bardzo było mi trzeba. Aż w końcu dołączyła do mnie ona. Mówiąc po cichu, trochę na to liczyłem, więc cieszyłem się, że przyszła.
     Gdy wróciliśmy do ogrodu, zauważyłem zmianę w zachowaniu Louisa i reszty. Od razu domyśliłem się, co się działo, gdy nas nie było. Naćpali się, ziołem albo i innym badziewiem. Wtedy znowu się podirytowałem. Na szczęście Lucy nie podobało się wtedy zachowanie Louisa i do końca imprezy siedziała ze mną.
     Gdy wieczorem leżeliśmy już w sypialni, dziwnie się czułem. Byliśmy w jednym pokoju, ale tak daleko od siebie. Ledwo widziałem jej oczy z drugiego końca sypialni. Było ciemno, ale gdyby była bliżej, na pewno bym je widział. Ale na co ja mogłem liczyć? Chyba wyobrażałem sobie trochę za dużo.
-Słuchaj, Ash - zaczęła nagle. Od razu zareagowałem zwracając głowę w jej stronę. -Czy myślisz, że... Louis i reszta brali coś dzisiaj? Byli w dziwnym stanie, nie jak pijani.
-Może zapalili trochę zioła, jeżeli już. Ale wątpię, nie widziałem nigdzie żadnych bibułek.
-A czy zdarza im się brać coś innego?
I co miałem jej powiedzieć? "Tak, kiedyś wszyscy, w tym ja, regularnie wciągali amfę albo kokainę dla dobrej zabawy"? Nie chciałem tego mówić, nie byłem dumny ze swoich narkotykowych wyskoków. Nie chciałem też, by znowu zaczęła czuć urazę do chłopaków, skoro ich relacje zdążyły się już ustabilizować.
-Możesz być pewna, że nie ma tu żadnego ćpuna - odpowiedziałem trochę wymijająco. Jednak na szczęście ta odpowiedź chyba ją zadowoliła.
-Cieszysz się na jutrzejszą wycieczkę? - zmieniła temat.
-Jasne. Chyba nie przyjechaliśmy tu po to, by cały czas siedzieć na tyłkach i pić piwo.
-Zgadzam się - przytaknęła. -Co nie zmienia faktu, że lubię z tobą siedzieć, tak po prostu.
To była zdecydowanie jedna z milszych rzeczy jaką od niej usłyszałem. Nawet nie potrafię opisać, jak przyjemnie mi się zrobiło po tych słowach.
-Ja z tobą też - wyszeptałem. -I cieszę się, że trafiliśmy do jednego pokoju. Przynajmniej mogę z kimś pogawędzić przed snem o czymś innym niż o samochodach.
-Też się cieszę. Chociaż z drugiej strony obiecałeś mi osobną sypialnię. Wiesz, taki był warunek.
-Ale chyba mi wybaczysz? - zapytałem z udawanym przejęciem.
-Jasne - zaśmiała się. -Ale w zamian jutro zabierasz mnie na lody.
-Na lody, obiad, piwo, co tylko chcesz.
-Jesteś kochany - uśmiechnęła się do mnie ciepło, co dostrzegłem w ciemnościach, a potem przekręciła na bok. -Dobranoc.
Zanim sam zamknąłem oczy, patrzyłem jeszcze przez chwilę jak usypiała. Zdecydowanie mógłbym tak się na nią patrzeć godzinami.


Jak przeczytałeś, to skomentuj - będę bardzo wdzięczna za choćby najkrótsze słówko :)

Twitter: @xcinnamonlux

2 komentarze:

  1. Zawalisty rozdział, uwielbiam czytać o Lucy i Ashtonie. Już nie mogę sie doczekać ich pierwszego pocałunku i kiedy będą ze sobą. Liczę że rozdział kolejny pojawi sie na dniach. Pozdrawiam i życzę weny :):):)

    OdpowiedzUsuń