środa, 8 lipca 2015

Rozdział 8

      We wtorek była przepiękna pogoda, a ja dodatkowo obudziłam się w miarę dobrym humorze. Śniło mi się, że jeździłam na rowerze gdzieś po lesie. Wszędzie pachniało sosną i grzybami. Najpierw ten sen spowodował, że trochę zrzedła mi mina, bo zdałam sobie sprawę, że aktualnie taka przejażdżka jest niemożliwa. Z drugiej jednak strony, dało mi to motywację by walczyć. Było już naprawdę lepiej i czułam to, jednak jedna rzecz wciąż się nie zmieniła i nie dawała mi spokoju - nie miałam pojęcia kto mnie potrącił.
      Policjanci już dawno umorzyli śledztwo, kiedy zdali sobie sprawę, że tak naprawdę nie mieli żadnych śladów, by zacząć kogokolwiek szukać. Na miejscu wypadku nie znaleziono ani śladów hamowania, ani żadnych resztek lakieru, co było naprawdę niesamowitym pechem. Jedynie jakieś drobinki z potłuczonego reflektora, które tak naprawdę nie wnosiły nic. W okolicy nie było też żadnego monitoringu, najbliższa kamera znajdowała się dopiero na stacji benzynowej, do której wtedy zmierzałam. Ta kamera niestety miała słaby zasięg na drogę i uchwyciła tylko kilka samochodów i to niewyraźnie. Świadków również nie było żadnych. Jedynie ludzie, którzy znajdowali się w okolicy zgodnie zeznawali, że jechało wtedy tamtędy kilka sportowych aut. Cóż, to naprawdę niewiele dawało. Teoretycznie pogodziłam się już z tym, że ten kierowca nie zostanie ukarany, ale w głębi duszy pragnęłam go spotkać, spojrzeć mu w oczy i zapytać jakby się czuł, gdyby na moim miejscu była jakaś ważna dla niego osoba. Dobrze pamiętałam, jak moja mama przeżywała to wszystko. Jak przychodziła do szpitala z podkrążonymi oczami. Również dla niej chciałabym odnaleźć tego przestępcę. Cały czas próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek z tamtej nocy... Niestety, miałam pustkę w głowie.
      Piękna pogoda sprawiła, że zapragnęłam wyjść na spacer. Założyłam więc tenisówki, chwyciłam kule i wyszłam z domu, by zrobić małą przechadzkę na około osiedla. Było w miarę cicho i spokojnie, mogłam odetchnąć pełną piersią. Dobrze mijał mi ten czas, dopóki nie zadzwonił mój telefon. Wyjęłam go z kieszeni, spojrzałam na ekran i wtedy zamarłam. Stanęłam na środku chodnika nie zastanawiając się nad tym, czy komuś będę zagradzać drogę czy nie. Po prostu gdy zobaczyłam na wyświetlaczu "Zayn", moje myśli przestały pracować. A właściwie to zaczęły biegać w kółko. Odebrać, nie odebrać, odebrać, nie odebrać... W końcu zdecydowałam się.
-Słucham?
-Cześć - usłyszałam jego głos, który niegdyś był dla mnie jak kojący balsam. -Nie przeszkadzam?
-Czego chcesz? - odpowiedziałam twardo.
-Słuchaj... W twoim domu chyba jest moja torba podróżna, wiesz, ta granatowa...
-Nie wiem, może. Nie pamiętam.
-A mogłabyś sprawdzić?
-Jestem poza domem.
-A czy jak wrócisz, sprawdziłabyś?
-Dobrze - rzuciłam sucho. -To wszystko?
-Tak, przepraszam za problem. Cześć.
Torba podróżna... Owszem, kiedyś pożyczył mi ją, gdy jechałam na weekend do rodziny, a moja akurat się zepsuła. Potem zapomniał ją odebrać. Ale po co była mu potrzebna teraz? Czyżby gdzieś się wybierał?... Zresztą, nie wiem czemu się nad tym zastanawiałam. To przecież nie była moja sprawa. Jak dla mnie to mógłby wyjechać na inny kontynent i nigdy nie wracać.
      Wróciłam do domu i przeszukałam pokój. Rzeczywiście jego torba była w mojej szafie. Czy to oznaczało, że będę musiała się z nim spotkać? Ugh, chciałam tego uniknąć, jego widok wciąż sprawiał mi ból. Ale jak widać, los chciał inaczej. Wyjęłam z torebki telefon i postanowiłam do niego napisać.
"Wpadnij do mnie po swoją rzecz. Jestem w domu cały dzień"
"Będę w ciągu godziny"
      siedziałam na kanapie i kończyłam jeść ciastka i pić herbatę. Nagle serce podskoczyło mi do gardła, gdyż usłyszałam dzwonek do drzwi. Wiedziałam dobrze, kto za nimi stoi. Żeby nie przeciągać tego niezręcznego spotkania, torbę zniosłam już wcześniej na dół i postawiłam w przedpokoju.
-Cześć - powiedział od razu Zayn, gdy go zobaczyłam na progu.
-Cześć, masz - podałam mu od razu jego torbę i już chciałam zamykać drzwi, ale on mnie zatrzymał.
-Hej, Lucy, zaczekaj chwilę.
-Coś jeszcze?
-Może moglibyśmy pogadać, skoro już tu jestem?
-A o czym chcesz gadać?
-Tak, po prostu... - przeczesał włosy dłonią. -Może moglibyśmy przynajmniej przestać udawać, że się nie znamy? Proszę, daj mi chociaż 15 minut.
Zgodziłam się. Ciekawiło mnie, co chce mi powiedzieć. Wpuściłam go wiec do środka.
      Usiedliśmy w moim salonie. Nie proponowałam nawet nic do picia, bo to na pewno przedłużyłoby spotkanie, a ja nie miałam zamiaru siedzieć tam z nim nie wiadomo ile.
-Tak więc... Co u ciebie słychać? - zapytał mając delikatny uśmiech na twarzy.
-Nic. Siedzę w domu, chodzę na rehabilitację i tak w kółko.
-Opowiesz właściwie co ci się stało?
Westchnęłam głęboko. Powoli zaczynałam się już irytować.
-Potrącił mnie samochód.
-Kiedy?
-Pół godziny po tym, jak cię rzuciłam - odpowiedziałam ostro, a chłopak zamarł. Na pewno nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Spuścił wzrok. Potem otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale wciąż milczał. -No, to sobie porozmawialiśmy - wstałam z kanapy kończąc w ten sposób rozmowę, ale Zayn cały czas siedział. Nie zamierzał się ruszać.
-Proszę, nie bądź taka oschła. Ja chcę z tobą rozmawiać normalnie, jak człowiek.
-Normalnie? Po tym co się stało, nie ma takich szans.
-Słuchaj, ja już przestałem wierzyć w to, że mi wybaczysz - wstał i stanął blisko mnie. Zdecydowanie zbyt blisko. -Ale po tych dwóch miesiącach mogłabyś w końcu odpuścić i zacząć zachowywać się dojrzale.
Nic mu nie odpowiedziałam, wiec nastała niezręczna cisza. Na szczęście, jakby na moje zawołanie, przerwał ją dźwięk mojej komórki. Podeszłam do stolika, na którym leżała. Dzwonił Ashton.
-Słucham?
-Cześć Lucy! - jego radosny głos od razu poprawił mi samopoczucie. -Nie przeszkadzam?
-Jasne, że nie - odpowiedziałam, patrząc kątem oka na swojego byłego. -Co tam?
-Słuchaj, możemy przełożyć jutrzejsze zajęcia o godzinkę?
-Oczywiście, i tak nie mam nic innego do roboty - uśmiechnęłam się do siebie.
-To świetnie. W takim razie do zobaczenia o dwunastej.
-Tak, do jutra. Pa pa.
Odłożyłam telefon i spojrzałam na Malika. Jego mina jeszcze bardziej zrzedła.
-Spotykasz się kimś? - zapytał prosto z mostu, co zbiło mnie z tropu.
-Słucham? Co to za pytanie? - wzburzyłam się.
-Wtedy pod pubem... Byłaś z kimś. Z facetem.
-Tak, byłam.
-Jesteście razem?
-To nie twoja sprawa - rzuciłam donośnie, a potem poczułam jak moje mięśnie zaczynają drżeć. -Naprawdę powinieneś już iść. Nie mam zamiaru prowadzić z tobą tej konwersacji.
Zayn bez słowa chwycił torbę, odwrócił się, a potem wyszedł z domu. Przez okno widziałam tylko jak odjeżdża swoim autem.
      Nie mogłam zrozumieć dlaczego jego obecność aż tak silnie na mnie wpływała. Owszem, zdradził mnie, oszukał, ale z drugiej strony miał trochę racji - minęły dwa miesiące, a ja wciąż byłam na niego tak samo wściekła. Może to było trochę niedojrzałe z mojej strony, może nie... Nie miałam pojęcia. Wiedziałam tylko jedno - że chyba rzeczywiście powinnam popracować nad swoimi emocjami, a przeszłość zostawić za sobą.
      Gdy myślałam, że reszta tego dnia mogłaby minąć mi spokojnie, okazało się, że życie ma dla mnie inne plany. Gdy tylko zalogowałam się na swój profil w internecie, od razu odczytałam nową wiadomość od... Louisa.
"Wywietrzyłem cały samochód, teraz pachnie fiołkami. Może teraz skusisz się na ponowną przejażdżkę?"
Nie wiedziałam czy się śmiać czy... śmiać, gdy to przeczytałam. On naprawdę za wszelką siłę chciał mnie do siebie przekonać.
"Jeżeli myślisz, że świeże powietrze w twoim rzęchu sprawi, że cię polubię, to się grubo mylisz."
"Rzęchu?! Oj, przesadziłaś. Nikt nie ma prawa obrażać mojego dziecka."
"Tak jak nikt nie ma prawa zamęczać mnie swoimi durnymi wiadomościami. Cześć."
Naprawdę coraz bardziej wkurzał mnie ten facet, mimo że znałam go dopiero cztery dni, a widziałam na oczy dwa razy. Liczyłam na to, że Ash naprawdę z nim pogada i przemówi do rozumu, że nie jestem zainteresowana znajomością z nim. Naprawdę było mi przykro, że nie przypadł mi do gustu jego brat, ale co mogłam zrobić. Przecież nic na siłę.
      W środę poszłam do przychodni godzinę później, tak jak zalecił mi Ashton. Mężczyzna na pewno już był na miejscu, bo na parkingu stało jego auto. Weszłam do budynku i podeszłam pod salę nr piętnaście. Zapukałam i weszłam do środka. Ash siedział na fotelu.
-Cześć - rzuciłam radośnie z progu.
-Hej - odpowiedział, nawet na mnie nie spoglądając. Od razu wyczułam, że coś jest nie tak. Usiadłam na przeciwko niego.
-Coś się stało?
-Rozmawiałem dziś z Louisem - w końcu na mnie popatrzył. -Zamierzałem do niego pojechać, dlatego poprosiłem o przełożenie spotkania.
-Jasne, rozumiem, ale... Coś się stało podczas tej rozmowy?
-Pokłóciliśmy się trochę - opadł na oparcie brązowego fotela. -Powiedziałem, żeby dał ci spokój, to zarzucił mi, że wtrącam się w nieswoje sprawy. I do tego stwierdził, że cię na niego napuszczam.
-Co? - otworzyłam szerzej oczy. Nie miałam pojęcia o co może chodzić.
-Podobno wczoraj odbyliście niemiłą pogawędkę przez internet.
-Taa... -wywróciłam oczami, gdy sobie o tym przypomniałam. -Obraził się na mnie, bo wyraziłam się źle o jego "dziecku" - zaśmiałam się. -Jest po prostu nachalny, mam wrażenie, że chce mnie poderwać.
Ashton spoważniał. Podniósł się z oparcia i oparł się łokciami na biurku.
-Jeżeli nadal będzie cię męczył, to ja nie ręczę za siebie - powiedział całkiem ostro.
-Spokojnie, to twój brat...
-Przyrodni. A nawet nie, bo nie mamy wspólnego rodzica. Tak, uwielbiam go, ale nie pozwolę byś chodziła przez niego wkurzona. Jasne?
-Rozumiem, dzięki - uśmiechnęłam się nieśmiało. -A teraz koniec tej paplaniny, zaczynajmy, dobrze?
      Te zajęcia przebiegały w naprawdę zabawnej atmosferze. Ashton nawet ćwiczył ze mną, robił też jakieś fikołki i inne akrobacje na drabinkach, co spowodowało, że wciąż się śmiałam. Przez to trochę mniej popracowaliśmy nad moją nogą, ale nie byłam zła. Naprawdę mój stan się poprawiał, a do takiego rehabilitanta to mogłabym chodzić miesiącami.
      Tego dnia z przychodni wyszliśmy razem, gdyż Ashton wyjątkowo skończył pracę wcześniej. Powiedział, że odwiezie mnie do domu. Z nim akurat mogłam jechać i to bez żadnych wątpliwości.
      Idąc parkingiem w stronę auta Irwina, zobaczyłam w oddali pewną znajomą mi postać. Długowłosy mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych, stał oparty o nieco podobny do Mustanga Ashtona, czarny wóz. Gdy podeszliśmy trochę bliżej, od razu go poznałam.
-Harry? - zapytał Ash, gdy podeszliśmy do mężczyzny. Podali sobie ręce. -Co tutaj robisz?
-Przyjechałem pogadać - odpowiedział, a potem spojrzał na mnie. -Cześć Lucy.
-Cześć - powiedziałam lekko onieśmielona jego przeszywającym spojrzeniem, które wyczuwałam nawet przez te srebrne oryginalne aviatory. Harry uśmiechnął się pod nosem, a potem znów spojrzał na blondyna stojącego obok mnie.
-Możemy porozmawiać?
-Tylko, że obiecałem, że odwiozę Lucy do domu.
-Spokojnie, odwieziesz. Daj mi tylko pięć minut.
-Poczekasz? - zwrócił się do mnie Ash, a ja zgodziłam się. Otworzył mi drzwi, usiadłam na fotelu pasażera. Oni oddalili się kilka metrów. Zerkałam na nich przez szybę. Nie wiem o czym rozmawiali, ale byli poważni i wyraźnie poddenerwowani. Wiem, że to były ich prywatne sprawy, ale miałam tylko nadzieję, że nie stało się nic złego.
      Mężczyźni rozmowę zakończyli w ciągu kilku minut. Podali sobie dłonie na pożegnanie i rozeszli się w swoje strony.
-Wszystko w porządku? - zapytałam, gdy Ash usiadł na miejscu kierowcy. Był wyraźnie zamyślony, może nawet lekko przybity.
-Tak, tak... Nic się nie stało, to tylko takie nasze kumpelskie sprawy.
-Jasne, rozumiem - odpowiedziałam, a potem usłyszałam warkot silnika. I to nie Mustanga, a samochodu Harry'ego. Wyjrzałam za szybę. Ani się obejrzałam, a auto z piskiem opon odjechało z parkingu, aż poszedł za nim dym. Moje serce podskoczyło.
-Nie przejmuj się, Styles to niezły szpaner. Zresztą jak oni wszyscy - zaśmiał się pod nosem Ashton i złapał mnie na chwilę za dłoń w geście otuchy.
-Naprawdę, cieszę się, że ty taki nie jesteś - westchnęłam tylko.



Jak zawsze zapraszam na swojego twittera : @xcinnamonlux

Przypominam też o sondzie po prawej stronie bloga. Zaznaczcie proszę, jeżeli czytacie tego bloga.

Czekam teraz na wasze opinie i do zobaczenia xxx

4 komentarze:

  1. Hej, trafiłam tutaj zupełnie przez przypadek.
    Twoje opowiadanie mnie naprawdę zaciekawiło i pewnie zabaluję tutaj długo ;)
    Już nie mogę się doczekać nowego rozdziału.
    A tym czasem zapraszam do siebie, dopiero zaczynam...
    http://my-name-is-memory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bożyszcze ty moje ;) Rozdział jest zajebisty. Lucy ma swój charakterek który jest naprawdę imponujący. Do następnego. Pozdr ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahahahah przyznaję się ... KOCHAM TO :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Do samego rozdziału to fajny, ładnie i płynnie napisany ;)xx
    Cieszę się, że nadal piszesz ten blog, kłamałabym, jakbym niepowiedziała, że to jeden z moich ulubionych blogów.
    Pisz dalej, wene miej i żyj spokojnie ;))
    Kisses xxx

    OdpowiedzUsuń