czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział 7

      Powoli otworzyłam oczy i leniwie przeciągnęłam się. Czułam się naprawdę wypoczęta. Właśnie tego było mi trzeba po poprzednim wieczorze, który był raczej... Cóż, średnio udany. Nic nie mogłam poradzić na to, że po prostu głośne imprezy z wielką ilością alkoholu nie były w moim stylu. To nie tak, że byłam jakimś niewiniątkiem czy nudziarą. Z Zaynem często chodziliśmy do klubów czy pubów, w końcu sam pracował w jednym. Ale zawsze spędzaliśmy ten czas w miarę kulturalnie, z grupką zaufanych osób. Żadnego picia do nieprzytomności, żadnego wymiotowania po kątach, zero narkotyków i robienia innych nieprzyzwoitych rzeczy. Ekipa Ashtona, a właściwie jego brata, była zupełnie inna. Sam Ash wydawał się trochę od nich odstawać, nawet trochę zastanawiałam się, czemu właściwie się z nimi zadaje. W każdym razie nie miałam prawa się czepiać, nie miałam zamiaru urywać też z nim kontaktu z takiego powodu. Jego przyjaciele nie muieli być moimi przyjaciółmi. Poza tym, wciąż chodziłam do niego na rehabilitację.
      Zeszłam na dół. W kuchni zastałam moją mamę, która siedziała przy stole, czytała gazetę i popijała herbatę. Z radiowych głośników wydobywała się jakaś cicha muzyka.
-Cześć córciu, jak się spało? - zapytała, gdy tylko mnie zobaczyła.
-Dziękuję, dobrze - odpowiedziałam, po czym podeszłam do lodówki. Wyjęłam stamtąd sok jabłkowy. Nalałam sobie go trochę do szklanki.
-A jak udała się impreza? - usłyszałam kolejne pytanie od matki. Powstrzymałam się na chwilę od odpowiedzi. Nie chciałam jej okłamywać, ale z drugiej strony nie chciałam też powiedzieć jej prawdy. Jeszcze zaczęłaby prawić mi jakieś kazania dotyczące dobierania sobie znajomych i wspominać moich dawnych idealnych przyjaciół.
-Nie było źle - odpowiedziałam w końcu. -Posiedzieliśmy trochę i wróciliśmy, jakoś po północy.
-W takim razie cieszę się, że dobrze się bawiłaś - uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam uśmiech w trochę sztuczny sposób, następnie opuściłam kuchnię i udałam się do salonu.
      Cała niedziela zleciała raczej spokojnie. Zjadłyśmy z mamą obiad, obejrzałyśmy coś w telewizji, potem trochę poćwiczyłam. Późnym popołudniem udałam się do swojego pokoju i położyłam się na łóżku z laptopem na kolanach. Zalogowałam się na swój profil na portalu społecznościowym. Od razu zobaczyłam, że mam nowe zaproszenie do znajomych oraz nową wiadomość. Okazało się, że do znajomych zaprasza mnie niejaki... Louis Tomlinson. Od razu zorientowałam się, że to przyrodni brat Ashtona. Jakim cudem on mnie znalazł? I dlaczego w ogóle mnie zaprosił? Przecież ledwo co się znaliśmy.
     Otworzyłam wiadomość prywatną, która jak się okazało, też była od Louisa.
"Cześć Lucy, przeszperałem trochę fejsa i udało mi się ciebie znaleźć. Fajnie było wczoraj na imprezie. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy."
Zauważyłam, że wiadomość została wysłana jakieś 15 minut wcześniej, a Louis wciąż był on-line. Od razu zabrałam się za odpisywanie.
"Właściwie to mało wczoraj gadaliśmy. Byłeś bardziej zajęty piciem."
"Zawsze możemy to zmienić. Co powiesz na wspólne wyjście na piwo?"
Aż musiałam to przeczytać kilkukrotnie. Facet, który prawie mnie nie zna, zaprasza mnie na piwo? I to w odpowiedzi na moje narzekanie na temat alkoholu. Nie podobało mi się jego podejście. Był zbyt pewny siebie i trochę zbyt nachalny. Poza tym, gdyby przez całe nasze spotkanie gapił się na mnie tak jak to robił na imprezie, czułabym się maksymalnie niezręcznie. Nie miałam zamiaru się zgadzać na żadne wyjście z nim.
"Przykro mi, nie mam czasu w najbliższych dniach. Cześć."
Louis najwyraźniej się poddał. Już na szczęście mi nie odpisał.
      Gdy już chciałam się wylogować z facebooka, natrafiłam na post, który bardzo dziwnie wpłynął na mój nastrój. Zobaczyłam bowiem, że mój były chłopak udostępnił link do piosenki. I to nie do byle jakiej, a do utworu, który niegdyś był naszym ulubionym. Początkowo poczułam dziwne ukucie w klatce piersiowej. Tak dawno tego nie słyszałam... Nie mogłam się powstrzymać. Musiałam to włączyć.
If I should die before I wake
Its cause you took my breath away
Losing you its like breathing in a world with no air...
Nic nie mogłam poradzić na to, że zaczęłam śpiewać pod nosem i za moment po prostu płakać. Nie mam pojęcia czemu Zayn wstawił tę piosenkę na swój profil, ale wkurzyłam się na niego. Zrobił to specjalnie? Specjalnie chciał mnie zdenerwować, zmusić do bolesnych wspomnień, jakichś wyrzutów sumienia? Nie rozumiałam tego.
      Poniedziałek. Dziewiąte zajęcia rehabilitacyjne, początek czwartego tygodnia. Te dni liczyłam jak szalona. Chciałam, by to się jak najszybciej skończyło, bym mogla już normalnie chodzić. Owszem, było już widać poprawę, ale nadal nie było też bardzo dobrze. Moja kość została naprawdę nieźle pogruchotana, rehabilitacja mogła trwać jeszcze kilka tygodni i byłam tego świadoma. Jedynym powodem, dzięki któremu chodziłam na nią z uśmiechem był Ashton.
      Już od samego początku zajęć, między nami była dziwnie napięta atmosfera. Wyczuwałam, że Ash cały czas zamęcza się sobotą, ale ja nie chciałam już do tego wracać. Dlatego starałam się zachowywać normalnie, zagadywałam do niego, śmiałam się jak zawsze. Dawałam mu do zrozumienia, że nic się nie stało. W końcu poczuł się pewniej i swobodniej.
      -Ćwiczysz w domu? - zapytał blondyn, gdy już skończyliśmy i ubierałam się.
-Tak, regularnie robię ćwiczenia, które mi poleciłeś.
-To świetnie. Dzięki temu istnieje szansa, że szybciej wrócisz do sprawności.
-Myślisz, że będę kiedyś mogła normalnie pobiegać? - zapytałam całkiem poważnie. Ash uśmiechnął się poczciwie.
-Wierzę w to. I ty też masz wierzyć.
-Dzięki - przytuliłam się do niego. -W takim razie do zobaczenia w środę.
      Wyszłam z przychodni. Wszystko byłoby normalnie, gdybym nagle nie zobaczyła na parkingu pewne znajome mi auto... Niedaleko zielonego samochodu Louisa, którym od dwóch dni jeździł Ashton, stał jego czarny Mustang. Za moment wysiadł z niego nie kto inny jak Tomlinson. Zobaczył mnie, uśmiechnął się cwaniacko i od razu do mnie podszedł. Nie miałam żadnej opcji ucieczki.
-Cześć Lucy - powiedział.
-Cześć - odpowiedziałam zupełnie neutralnym tonem.
-Czyżbyś właśnie wychodziła od Asha? - zapytał, a ja kiwnęłam głową. -A ja właśnie wracam z warsztatu, wymieniłem w jego Mustangu części, które się zepsuły.
-Super - powiedziałam tylko pod nosem.
-Właśnie do niego zadzwoniłem, zaraz powinien się tu pojawić... O, właśnie idzie.
Odwróciłam się. W naszą stronę rzeczywiście szedł Ashton. Za moment znalazł się tuż obok nas. Od razu przywitał się z bratem, a potem wymienili się kluczykami.
-Wymieniłem ci świece, a przy okazji uzupełniłem olej i płyn do spryskiwaczy.
-Dzięki, stary.
-Nie ma sprawy. Ale teraz będzie cudownie odzyskać moje Mitsubishi. Stęskniłem się za nim. Mam nadzieję, że dobrze się nim opiekowałeś.
-Oczywiście - uśmiechnął się Ash, a potem spojrzał na mnie kątem oka. Wciąż tam stałam jak kołek i przysłuchiwałam się tej ich rozmowie, w sumie nie wiem czemu. Postanowiłam w końcu się oddalić. Rzuciłam, że muszę iść, po czym odwróciłam się i poszłam przed siebie.
      Kulejąc szybko nie szłam. Tak więc dojście do końca parkingu zajęło mi jakąś minutę. Wtedy usłyszałam warkot silnika. Już za moment ujrzałam obok siebie auto Louisa.
-Gdzie idziesz? - zapytał przez otwarte okno.
-Do domu - rzuciłam, nawet się na niego nie patrząc. -Wybacz, śpieszę się.
-No to w takim tempie szybko nie dojdziesz do celu - powiedział, a wtedy ja w końcu spojrzałam na niego, z małą irytacją z oczach. -Wiesz, mam na myśli to, że mogę cię podwieźć.
-Nie trzeba, niedaleko stąd mam przystanek autobusowy.
-Ale za bilet musisz płacić, a za podróż w moim aucie nie - powiedział, a potem dodał odrobiny gazu i praktycznie zatorował mi drogę. -Nie daj się prosić. Chcę tylko pomóc.
Chciałam, żeby po prostu dał mi spokój, jak najszybciej. Tak więc ostatecznie zgodziłam się i wskoczyłam na miejsce pasażera. Znowu tam siedziałam. Tak samo jak przedwczoraj, śmierdziało fajkami, nie mogłam znieść tego zapachu. Jakieś cztery miesiące walczyłam z Zaynem, by w końcu rzucił palenie. Teraz nie zdziwiłabym się, jakby znów zaczął palić po tym wszystkim. Ale to jego zdrowie, jego życie, jego sprawa.
-Co taka skrzywiona? - zapytał nagle Louis widząc mój grymas na twarzy.
-Śmierdzi tu jak w popielniczce.
-Tak, możliwe, lubię palić podczas jazdy... - rzucił, a potem otworzył schowek i wyjął z niego odświeżacz w sprayu. Rozpylił go trochę w powietrzu i nagle zupełnie przestałam czuć dym. -Specjalny antynikotynowy. Rzadko go używam, ale jak widać... Czasami się przydaje - powiedział i puścił mi oczko. Od razu odwróciłam wzrok.
      -Tak właściwie to gdzie jedziemy? - zapytał Tomlinson, gdy już byliśmy w drodze. Podałam mu adres swojego domu, wciąż patrząc się na to, co jest za oknem. -A jak tam noga?
-Dzięki, lepiej.
-Nie jesteś zbytnio rozmowna. A wczoraj narzekałaś w wiadomości, że mało gadaliśmy.
-Ale nie znaczy to, że chcę to zmienić - spojrzałam na niego nieco złowrogo. Louis wykrzywił usta w grymasie.
-Szkoda. Aż tak bardzo nie przypadłem ci do gustu?
-Alkohol, narkotyki, papierosy, brawurowa jazda szybkimi autami, egocentryzm. Wybacz, ale to nie są cechy, które do mnie przemawiają.
-Oj, zabrzmiało poważnie.
-Bo jestem poważna. A ty najwyraźniej robisz sobie ze mnie jaja.
-Ja? - zapytał z lekko tłumionym śmiechem. -Po prostu mi przykro, że nie chcesz ze mną gadać. Zobacz jaki jestem miły, podwożę cię do domu...
-Nie prosiłam cię o to - przerwałam mu donośnym głosem. -Zgodziłam się, żeby mieć spotkanie z tobą jak najszybciej z głowy.
Po mojej wypowiedzi w końcu się zamknął. Chyba nareszcie zrozumiał co miałam na myśli.
      Podjechaliśmy pod mój dom. Chciałam jak najszybciej wysiąść z tego śmierdzącego gruchota i usiąść już w swoim fotelu.
-Dzięki za podwózkę - rzuciłam szybko, a potem otworzyłam drzwi. Ale zanim się obejrzałam, Louis tez zdążył już wysiąść z auta i znalazł się po stronie pasażera. Podał mi rękę, żebym mogła wysiąść. Miałam już go dosyć, ale nie chciałam się już kłócić, chciałam skończyć to spotkanie jak najszybciej. Pozwoliłam więc zaprowadzić mu się pod rękę pod sam dom.
-Dzięki. Ale teraz naprawdę już muszę iść.
-Dobra, jak chcesz - powiedział, oddalając się z powrotem w stronę wozu. -Mam nadzieję, że do zobaczenia! - krzyknął jeszcze, gdy już zamykałam drzwi. Gdy usłyszałam dźwięk odjeżdżającego auta, odetchnęłam z ulgą. Od razu było widać, że to tylko przyrodni brat Ashtona, przecież to zupełnie inna krew. Irwin był miły i przyjacielski, a Tomlinson cwany i nieco zadufany w sobie. I do tego najwyraźniej starał się mnie poderwać. Kto jak kto, ale Louis był ostatnim mężczyzną, z którym mogłabym się umówić. Miałam więc nadzieje, że da mi już spokój.
      Siedziałam u siebie w pokoju i oglądałam na laptopie serial. Wtedy usłyszałam dźwięk sms. Okazało się, ze to mój ulubiony rehabilitant.
"Jak przeżyłaś spotkanie z moim braciszkiem?"
"Odwiózł mnie do domu. Ale był to pierwszy i ostatni raz."
"On potrafi być męczący. Ale obiecuję, że z nim pogadam, by dał ci spokój."
"Dziękuję. Ciebie uwielbiam, ale on nie jest materiałem na mojego przyjaciela. Przepraszam."
"Nie masz za co. Do zobaczenia na ćwiczeniach :*" 


Przypominam o moim twitterze : @xcinnamonlux 

Do następnego :*
 

7 komentarzy:

  1. Tego sie nie da opisac. ♡♡ Cudo ♡ Czekam na kolejny ♡ Pozdrawiam @Maliczeg♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdzial jak zwykle genialny *_* mam nadzieje ze niedlugobedzie kolejny. Kocham Ciebie jak i tego blogaKarolina <3

    OdpowiedzUsuń
  3. jezu ta ostatnia scena była gxeeinvxeuon3hvtgdethbdhhfthyjh nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału @niall_quad

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak taktak!
    Jest boski
    xoxo
    @luv_my_hig

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko jakie ty cuda piszesz kobieto... Umm...nie wiem co powiedzieć poprostu brak mi słów w pozytywnym słowa znaczeniu;D nie mogę doczekać wie nn pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Boski rozdział. Scena Louis vs Lucy świetna. A Lucy i Ashton też fajnie się dogadują. Do następnego. Pozdr ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hey, nominowałam cię do LBA
    więcej informacji na http://lost-zaynmalik-fanfiction.blogspot.com/p/nominacje.html

    OdpowiedzUsuń