wtorek, 26 maja 2015

Rozdział 2

      Siedziałam w domu i bezczynnie patrzyłam się w telewizor. Nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca. Normalnie zapewne spotkałabym się z Zaynem, albo poszła na spacer lub zakupy, ale w tym momencie żadna z tych opcji nie była możliwa. Długie spacery były trochę zbyt męczące dla mnie, a Zayn... No cóż, już nie był moim chłopakiem. Zapewne w tym momencie obściskiwał się gdzieś z tamtą rudą. Niech im się powodzi - pomyślałam z ironią.
     W ciągu kilku godzin do domu wróciła moja mama. Ja przez ten czas praktycznie nie ruszałam się z salonu. Zrobiłam to dopiero, gdy mama zawołała mnie na kolację. Usiadłyśmy razem przy stole, na którym stał talerz z makaronem. Nałożyłam sobie trochę i zaczęłam powoli jeść.
-Spotkałam dziś Zayna - nagle powiedziała moja mama, przez co prawię się zakrztusiłam. Poczułam jak moje tętno przyspiesza. Samo słowo Zayn wywoływało u mnie dziwne emocje.
-Gdzie? - zapytałam oschle.
-W markecie, jak robiłam zakupy na kolację. Zapytał co u ciebie słychać, martwił się, że nie odbierasz jego telefonów.
-Martwił się... - parsknęłam.
-Powiedziałam mu, że miałaś wypadek - kontynuowała jasnowłosa kobieta. -Wyglądał na bardzo przejętego.
-Przejętego? Myślisz, że mnie to obchodzi? - powiedziałam z gniewem.
-Jemu chyba naprawdę na tobie zależy, córeczko. Może to wszystko to jakieś nieporozumienie? Bardzo lubiłam Zayna, to był w porządku chłopak.
-Też tak myślałam, mamo. Ale nie widziałaś tego co ja - odpowiedziałam, a w myślach pojawiła mi się scena z tamtego felernego wieczoru w pubie. Niska czerwonowłosa dziewczyna, która podchodzi do mojego chłopaka, daje mu czułego buziaka w policzek i mówi Cześć kotku. Następnie zerka na mnie i pyta się Malika Kto to jest? Mina bruneta była nie do opisania. Widziałam jak jego twarz robi się czerwona, niemal czułam jak jego serce zaczyna niebezpiecznie szybko bić. Był w kropce. Nie wiedział co zrobić. A ja siedziałam tak gapiąc się na nich bez słowa, a potem po prostu wybiegłam z lokalu. Byłam pewna, że to kochanka Zayna. Zwracała się do niego czule i nawet nie przejęła się moją obecnością. Przez kilkanaście miesięcy spotykałam się z człowiekiem, który mnie okłamywał i zdradzał za plecami. I nagle się o mnie martwił? Nie miał takiego prawa.
-No dobrze, a jak było w ośrodku? - mama widząc moje zakłopotanie, zmieniła temat.
-Dobrze. Rehabilitant wydaje się być w porządku. Jutro mam pierwszą wizytę, będziemy się spotykać trzy razy w tygodniu.
-Cieszę się - odpowiedziała, po czym westchnęła. -Tak bardzo bym chciała, żeby się udało.
-Uda się mamo, nie martw się.
-Bo jeżeli nie, to zrobię wszystko, byś mogła normalnie chodzić, biegać. Pójdziemy do najlepszego ortopedy, najlepszego rehabilitanta...
-Spokojnie - przerwałam jej i złapałam ją za dłoń. -Nie wybiegajmy tak myślami. Wierzmy, że wszystko będzie w porządku, dobrze?
Mama obdarowała mnie tylko litościwym uśmiechem. Przejmowała się tym wszystkim bardziej niż ja. Obiecałam jej, że wszystko się uda. Nie chciałam jej zawieść.
      Poszłam do swojego pokoju. Byłam zmęczona całym dniem i chciałam się już położyć. Gdy usiadłam na łóżku, usłyszałam sygnał sms. Wzięłam swój telefon. Gdy zobaczyłam na wyświetlaczu Nowa wiadomość od: Zayn, po raz kolejny podskoczyło mi tętno. Podczas pobytu w szpitalu dostałam od niego kilka wiadomości, ale wtedy jeszcze nie wiedział, że leżę połamana. Wzięłam głęboki oddech i włączyłam odczyt.
"Słyszałem, że miałaś wypadek. Mogę ci jakoś pomóc? Bardzo się o ciebie martwię."
Zacisnęłam w złości wargi. Chciałam płakać, ale nie mogłam znowu tego robić, musiałam być twarda. Chciałam, żeby Zayn dał mi już spokój, żebym w końcu mogła o nim zapomnieć. Nie widziałam dla nas żadnych szans.
"Nie chcę od ciebie żadnej pomocy, daj mi w końcu spokój. Jeżeli nadal będziesz mnie męczył, to zmienię numer."
Kliknęłam wyślij, a potem wyciszyłam dźwięki telefonu. Następnie przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Chciałam jak najszybciej odpłynąć już w spokojną krainę snu.
     Budzik zadzwonił o godzinie dziewiątej, ale ja od jakichś trzydziestu minut byłam już na nogach. Obudziłam się wcześnie, a potem nie mogłam już usnąć. W końcu wstałam, zrobiłam sobie kawy i usiadłam w kuchni. O jedenastej miałam mieć pierwszą wizytę w ośrodku. Ciekawiło mnie jak to będzie wyglądać. Jakim rehabilitantem okaże się być Ashton, jak będą wyglądały nasze spotkania i po jakim czasie będzie widać pierwsze efekty.
     Na miejsce dotarłam punktualnie. Tak jak poprzedniego dnia, zaczęłam iść w stronę sali numer 15. Gdy już się tam znalazłam, zapukałam i weszłam do środka. Ashton siedział na fotelu i czytał jakąś gazetę, ale szybko przestał, gdy mnie zobaczył. Wstał, podszedł do mnie i podał mi dłoń.
-Cześć - powiedział uśmiechnięty. -Gotowa?
-Jasne - odpowiedziałam.
-W takim razie usiądź tu na leżance.
Jak powiedział, tak zrobiłam. Zdjęłam bluzę i usiadłam we wskazanym miejscu. Następnie chłopak kazał mi zdjąć spodnie i położyć się. Złapał moją lewą nogę i zaczął ją oglądać. Ruszał stopą, zginał w kolanie. W niektórych miejscach uciskał, wtedy czułam lekki ból. Ale poza tym był bardzo ostrożny i delikatny. Nie znałam się na rehabilitacji, ale wyglądało, że chyba wie co robi.
     Podczas ćwiczeń zagadywał do mnie, co powodowało, że nie było miedzy nami tej beznadziejnej niezręcznej ciszy.
-Opowiesz mi co się stało? -zapytał.
-Miałam wypadek. Ktoś potrącił mnie na pasach.
-Kiepsko - skrzywił się. -Kierowca dostanie jakiś wyrok?
-Chciałabym. Niestety uciekł z miejsca wypadku. Palant.
Mina Ashtona wyraźnie zmarkotniała.
-Przykro mi - powiedział. -Niestety, wielu takich idiotów chodzi po tym świecie.
-Tylko szkoda, że przez nich normalni ludzie muszą cierpieć - westchnęłam.
-Jasne. Ale uwierz mi, tego frajera na pewno spotka jakaś karma, a ty odzyskasz sprawność w nodze.
-Mam nadzieję, liczę na ciebie - uśmiechnęłam się. Chłopak odwzajemnił uśmiech, a potem puścił moją nogę, którą cały czas masował.
-Na dziś to wszystko - powiedział, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej. -Mniej więcej tak będą wyglądały nasze spotkania. Pojutrze widzimy się ponownie.
-Dzięki, już czuję, że jest lepiej.
-Jeszcze za wcześnie na takie wnioski, ale dobrze, że myślisz pozytywnie.
     Założyłam spodnie, a następnie bluzę. Potem pożegnałam się z Irwinem i opuściłam przychodnię. Z zadowoleniem mogłam stwierdzić, że nasze spotkania zapowiadały się bardzo dobrze.
     Czas leciał jak szalony. Minął już tydzień mojej rehabilitacji, a ja właśnie miałam iść na czwartą sesję. Bardzo dobrze współpracowało mi się z Ashtonem. Był ciepłym, otwartym człowiekiem i był naprawdę dobry w tym co robił. Czułam już pierwsze efekty ćwiczeń. Zdecydowanie lepiej zginało mi się nogę w kolanie, co było naprawdę dużym postępem. Byłam naprawdę pełna nadziei, na spotkania chodziłam z wielką przyjemnością. Do tego muszę stwierdzić, że zdążyłam polubić się już z Ashtonem. Podczas ćwiczeń zawsze rozmawialiśmy, całkiem nieźle się dogadywaliśmy. Zdecydowanie byłby dobrym materiałem na przyjaciela.
     Właśnie powoli zbierałam się do wyjścia, kiedy zadzwonił mój telefon. Niestety nie wiedziałam kto to, nie miałam tego numeru zapisanego w kontaktach. Jednak mimo wszystko odebrałam.
-Słucham?
-Cześć, tu Ashton - usłyszałam. -Mam nadzieję, że nie wyszłaś jeszcze z domu?
-Nie, ale właśnie miałam taki zamiar.
-To dobrze, w takim razie nie wychodź. Musimy niestety przełożyć nasze dzisiejsze zajęcia, wypadło mi coś strasznie pilnego.
-Dobrze, rozumiem - odpowiedziałam, po czym usiadłam na łóżku. -W takim razie widzimy się dopiero w piątek, tak?
-Nie, nie chcę odwoływać dzisiejszych zajęć, systematyczność jest bardzo ważna. Masz czas późnym popołudniem? Mógłbym nawet do ciebie przyjechać, tak w ramach rekompensaty.
-Jasne, nie robię nic innego. Możesz wpaść.
-To świetnie. Podasz mi adres?...
     Nie mogłam być na niego zła. Miał jakieś prywatne sprawy, każdy je miewa. Nie miałam też problemu, by zaprosić go do domu. W końcu on jest tak jakby lekarzem i to jego praca. Podałam mu więc swój adres i umówiliśmy się na godzinę czwartą po południu.


Zapraszam do brania udziału w ankiecie po prawej stronie bloga. Jeżeli czytasz - zaznacz. Chcę wiedzieć ile was tu jest :)

1 komentarz: