czwartek, 21 maja 2015

Rozdział 1

      "Noga zrosła się prawidłowo, jednak by odzyskać pełną sprawność, będzie pani musiała uczęszczać na rehabilitację. Może ona potrwać od kilku do kilkunastu tygodni. Podam pani kilka adresów ośrodków rehabilitacyjnych, proszę się jak najszybciej do któregoś zgłosić."
      Takim zdaniem lekarz pożegnał się ze mną, gdy po czterech tygodniach leżenia z gipsem na nodze, wychodziłam ze szpitala. To był najdłuższy miesiąc w moim życiu, przepełniony złością, bezradnością. Na oddział trafiłam z powodu wypadku, w którym potwornie ucierpiała moja noga. Wizja chodzenia o kulach piekielnie mnie przerażała. Do tego wszystkiego jak na złość właśnie zaczęły się wakacje. Wyglądało na to, że będę miała przez to zepsute całe lato. A raczej przez frajera, który mi to zrobił.
      Tamten dzień był prawdziwym pechowym dniem, chyba najgorszym w całym moim życiu. Najpierw dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradza, potem po burzliwej sprzeczce rzuciłam go, a jakieś 30 minut później leżałam już na ulicy ze złamaną lewą nogą w trzech miejscach. Człowiek, który mi to zrobił uciekł z miejsca wypadku. W pobliżu nie było żadnego świadka, który opisałby dokładnie całe zdarzenie. Policja podejrzewała tylko, że prawdopodobnie uderzył mnie jakiś szybki sportowy wóz, bo właśnie kilka takich przejeżdżało wtedy w okolicy. Już dawno nie byłam tak załamana i tak zła jednocześnie. W chwilę zawaliło mi się życie. Straciłam miłość, straciłam sprawność w nodze i było niemalże pewne, że nie odzyskam ani jednego, ani drugiego. A do tego wszystkiego zepsuły mi się plany na wakacje, a sprawca wypadku zwiał i prawdopodobnie nigdy nie zostanie ukarany. Czy mogło być jeszcze gorzej?
      Tamtego dnia, kiedy wyszłam ze szpitala, przyjechała po mnie mama. Razem wróciłyśmy do domu, gdzie od razu usiadłyśmy w salonie i zaczęłyśmy rozmawiać. Poszperałyśmy też trochę po internecie i wybrałyśmy poradnię rehabilitacyjną, w której mieli sprawić, że moja kończyna znowu będzie całkowicie sprawna. Po rozmowie z mamą poszłam do swojej sypialni, a tam od razu rzuciłam się na swoje łóżko i zaczęłam płakać. Owszem, miałam już dość leżenia po tym czasie spędzonym na sali szpitalnej, ale co innego mogłam wtedy robić? Na pewno nie biegać ani jeździć na rowerze. Przecież ledwo co chodziłam. Miałam nadzieję, że rehabilitacja zdziała cuda, że przywróci sprawność mojej zmasakrowanej nodze. Ale tym miałam się zająć dopiero następnego dnia.
      Gdy nazajutrz obudziłam się, długo nie wstawałam z łóżka. Leżałam i oglądałam swój pokój. Bardzo go lubiłam, był to taki mój mały kąt na ziemi. Beżowe ściany i sosnowe meble. Na parapecie zawsze stał wazon ze świeżymi kwiatami, które uwielbiałam, a na podłodze leżał mój ukochany pętelkowy dywan. Ja tymczasem leżałam na swojej kanapie, którą w tamtym momencie lubiłam najmniej w tym pokoju, a wręcz zaczęłam nienawidzić. Spędziłam na niej wiele nocy z Zaynem. Na tej kanapie leżeliśmy, wcinaliśmy krakersy i oglądaliśmy filmy, na tej kanapie przytulaliśmy się, całowaliśmy, wyznawaliśmy sobie miłość. Na samą myśl, że Zayn całował jakąś inną lub nawet niejedną kobietę, aż czułam ścisk w żołądku i napływające do oczu łzy. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek mu to wybaczę. Chłopak dzwonił do mnie i pisał, gdy leżałam w szpitalu, ale ignorowałam to. Pewnie nawet nie wiedział, że zaraz po naszym rozstaniu wpadłam pod koła jakiegoś rozpędzonego auta i wylądowałam w karetce. Może nawet i lepiej. Nie był już częścią mojego życia, wiec nie musiał o tym wiedzieć.
      Gdy w końcu wyczołgałam się z łóżka, wieki zajęło mi umycie się, ubranie, przyszykowanie do wyjścia. Wszystko robiłam dwa razy wolniej, kontuzja nogi bardzo mi utrudniała normalne funkcjonowanie, a to dopiero był początek. Jednak wiedziałam, że nie mogę się poddać. Nie miałam zamiaru być kaleką do końca życia, chciałam walczyć i wygrać jak najwięcej się da.
      Tego dnia niestety matka nie mogła wziąć w pracy dnia wolnego. Była załamana tym faktem, że nie będzie mogła pójść ze mną na pierwszą wizytę w przychodni, ale zapewniłam ją, że dam sobie radę. Zawsze byłam zaradna. Tak więc gdy byłam już praktycznie gotowa, sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam po taksówkę. Eh, gdybym tak samo zadzwoniła te cztery tygodnie temu...
      Samochód podjechał pod mój dom w ciągu niecałych dziesięciu minut. Wsiadłam do środka i podałam kierowcy adres. Rehabilitacja w tamtym ośrodku była niestety płatna, ale na szczęście dostałam trochę pieniędzy z ubezpieczenia, a dodatkowo mama powiedziała, że bez problemu dołoży tyle ile będzie trzeba. Zresztą powiedziała też, że za moje zdrowie zapłaciłaby każdą cenę. Który rodzic by tak nie zrobił? Zdrowie dziecka jest najważniejsze.
     Taksówkarz wysadził mnie pod ceglanym siedmiopiętrowym budynkiem, niedaleko miejskiego parku. Powoli doczołgałam się do środka, gdzie szybko znalazłam miejsce rejestracji. Podeszłam tam. Za biurkiem, a właściwie za wysoką ladą, stała uśmiechnięta brązowowłosa kobieta około 40-stki.
-Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - zapytała.
-Dzień dobry mam skierowanie na rehabilitację - odpowiedziałam, po czym podałam kobiecie kartę, którą dostałam w szpitalu.
Szatynka zamruczała coś pod nosem, po czym zaczęła czytać kartkę, którą jej wręczyłam. Następnie wpisała coś do komputera, zaczęła czegoś szukać. Po kilku minutach ponownie na mnie spojrzała.
-Mogę panią umówić z panem Irwinem. Dzisiaj jest w przychodni, wiec mogę panią nawet teraz zapisać na wizytę wstępną.
-Tak oczywiście, poproszę.
Kobieta coś wydrukowała, coś na tym zapisała, po czym wręczyła mi kartkę.
-Pokój numer 15, na końcu tego korytarza. - Wskazała mi ręką. Podziękowałam i udałam się we wskazane miejsce.
      Stanęłam pod drzwiami, obok których wisiała tabliczka z numerem 15 i napisem "Sala rehabilitacyjna". Zapukałam i za moment usłyszałam zaproszenie. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Pierwsze co ujrzałam, to różne medyczne i sportowe sprzęty. Ławeczki, leżanki, drabinki. Dużo ciężarków, piłek i wiele innych nieznanych mi obiektów. Dopiero za moment zobaczyłam stojącego na przeciwko mnie mężczyznę, który... wyglądał na niewiele starszego ode mnie, mógł mieć co najwyżej dwadzieścia parę lat. Mówiąc szczerze spodziewałam się, że zobaczę tam kogoś starszego.
-Słucham, w czym mogę pomóc? - Z moich rozmyślań wybudził mnie głos ów mężczyzny. Spojrzałam na niego lekko zdezorientowana, a on uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech, po czym wręczyłam mu dokumenty, które trzymałam w dłoni. Blondyn wziął je i zaczął przeglądać. Po chwili przytaknął pod nosem i ponownie na mnie spojrzał. -Rozumiem... Proszę, usiądź sobie.
Spoczęłam na krzesełku obok małego biurka. Za moment mężczyzna usiadł na drugim krześle, po czym spojrzał na mnie, mile się uśmiechając. Wydawał się być naprawdę sympatyczny.
-Tak więc, masz kontuzję nogi.
-Zgadza się. Przeszłam skomplikowane złamanie.
-A jak się teraz czujesz?
-Całkiem nieźle. Z kulami daję radę, ale bez nich czasami jest ciężko.
-Spokojnie, na pewno sobie z tym poradzimy - odpowiedział radośnie, a ja wykrzywiłam się nieco. Nie byłam przekonana co do wieku tego rehabilitanta. Czy tak młoda osoba na pewno będzie potrafiła mi pomóc? Przecież to mógł być mój kolega ze szkoły. -Przepraszam, czy coś się stało? Jesteś trochę spięta, nie bój się.
-Nie, po prostu... - Zawiesiłam się na chwilę, ale w końcu zdecydowałam się powiedzieć o moich mieszanych uczuciach. -Po prostu zastanawiam się, czy nie jest pan za młody do wykonywania takiej pracy.
Mężczyzna uśmiechnął się. Nie wyglądał na zbytnio zszokowanego, ani zdenerwowanego. Był w pełni spokojny, profesjonalny.
-Owszem, właściwie jestem tutaj tylko na stażu, ale już niedługo go kończę. Zdążyłem przez ten czas pomóc już kilku osobom. Możesz być spokojna... -Zrobił sekundę przerwy, by spojrzeć w moje dokumenty. -Możesz być spokojna, Lucy.
-Przepraszam za tą uwagę -speszyłam się lekko.
-Nie masz za co, w pełni cię rozumiem. Po prostu boisz się o swoje zdrowie i zastanawiasz się, czy przydzielili ci dobrego rehabilitanta, który zdoła ci pomóc. Mogę cię zapewnić, że zrobię wszystko co w mojej mocy, byś mogła normalnie chodzić.
      Szybko się uspokoiłam po tych słowach i mogliśmy od razu przejść do konkretów. Umówiliśmy się na wizyty trzy razy w tygodniu. Mężczyzna powiedział, że jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to po miesiącu będę już w pełni sprawna. Rehabilitacja miała się odbywać tu w przychodni, ale blondyn powiedział, że przyjeżdża też na wizyty domowe i w każdym momencie może do mnie przyjechać, gdybym na przykład poczuła się gorzej i nie chciała ruszać się z domu. Na koniec spotkania dał mi swoją wizytówkę, na której widniał numer telefonu oraz nazwisko Ashton Irwin.
      Po tej wizycie byłam raczej zadowolona. Rehabilitant zrobił na mnie dobre wrażenie, mimo że początkowo trochę się obawiałam. Jednak dobrze mu z oczu patrzyło i postanowiłam mu zaufać. O tym czy jest dobry w tym co robi, miałam się przekonać już następnego dnia podczas pierwszej wizyty.


Oto i pierwszy rozdział! Jak wam się podoba? Będzie ciekawiej z rozdziału na rozdział, obiecuję :)
Komentujcie i dodawajcie do obserwowanych!

2 komentarze:

  1. To dopiero początek więc dużo nie mogę powiedzieć... Ale rozdział jest interesujący i fajnie napisany ☺ życzę weny i czekam na nexta xdd

    OdpowiedzUsuń